niedziela, 18 sierpnia 2013

018. Kerstin Gier - Czerwień Rubinu

TytułCzerwień Rubinu
Oryginalny tytuł: Rubinrot
Autor: Kerstin Gier
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
SeriaTrylogia czasu
Ilość stron: 344



Czerwień Rubinu to pierwsza część Trylogii czasu autorstwa niemieckiej pisarki. Kerstin Gier zasłynęła przede wszystkim z pisania powieści dla kobiet, ale dopiero ta seria przyniosła jej prawdziwy sukces.

Długo zabierałam się za przeczytanie tej książki. Każdy mi ją polecał, a niedawno została przecież zekranizowana; historia Gwendolyn Shepherd i Gideona de Villiers oraz sama autora zyskali rzeszę fanów na całym świecie. Postanowiłam w końcu sprawdzić, co takiego przyciąga młodego, i nie tylko, czytelnika.

Gwendolyn jest przeciętną szesnastolatką. Chodzi do szkoły, w której zyskuje dobre stopnie; ma oddaną przyjaciółkę i nie rzadko staje się szkolnym pośmiewiskiem - głównie w stołówce. Nie jest jednak normalną nastolatką, jak jej rówieśniczki. Jest bowiem posiadazką genu, który umożliwia podróżowanie w czasie - na co dziewczyna w ogóle nie była przygotowana. Od urodzenia myślano, że posiadaczką genu jest jej "doskonała" kuzynka Charlotta, która w związku z tym brała dodatkowe lekcje historii, fechtunku, tańca i etykiety.

Gwendolyn w błyskawicznym tempie musi przygotować się do tajnej misji w przeszłości. Jako towarzysza dostaje przystojnego Gideona, w którego żyłach płynie ten sam gen, a dodatkowo odrobina bezczelności i wyższości...

Czerwień Rubinu to jedna z wielu na dzisiejszym rynku książek przeznaczona dla nastoletnich czytelników. Są w niej elementy romansu (bez którego byłaby ona zapewne zwyczajnie nudna. Kto się czubi, ten się lubi - to najodowiedniejsze słowa określające młodzieńczą miłość podróżników. Tematyka podróży w czasie jest miłą odskocznią od panoszących się wszędzie wampirów czy wilkołaków. Mam jednak wrażenie, że ów podróże powinny być bardziej "dopracowane". Zabrakło mi barwnych opisów świata w przeszłości, choć być może taki był właśnie zamysł autorki - widziane okiem i pisane słowem szesnastolatki - narratorką jest przecież sama Gwendolyn. Dialogi również nie grzeszą bogactwem językowym. Bohaterowie są, jak na mój gust, zbyt prości, Wywyższająca się strona rodziny (a przez to i gorsza), przeciwko tej dobrej, która ma na celu uratowanie przyszłości. Jedyną osobą, która stoi na neutralnym gruncie jest ciocia Maddy - obdarzona największym poczuciem humoru bohaterka. Gdy tylko o niej czytałam, nie mogłam przestać się śmiać. Drugą taką postacią jest krawcowa Madame Rossini. Akcent jednak, jaki posiada (francuski), wcale mnie nie zaskoczył. Jak sami widzicie - książka jest nieco nazbyt przewidywalna.

Mimo, że pozycja ta nie jest ambitna, historia, jaką stworzyła pisarka, ma w sobie coś, co nie pozwala się od niej oderwać, a czytelnik pragnie poznać więcej i więcej... Z ciężkim srecem stwierdzając, że jest już na ostatniej stronie.

Większość z Was na pewno słyszała o Trylogii czasu. Według mnie, warto ją przeczytać, bo, mimo schematycznej opowieści, można z niej coś wynieść. Pokazuje ona walkę jednostki przeciwko światu (sami zdecydujcie czy skuteczną). Upór oraz siłę jaką posiadała bohaterka w sytuacjach, które wydawałyby się chwilami bez wyjścia. Ilu z Was starałoby się przetrwać, zamiast zwyczajnego, a przede wszystkim najłatwiejszego, poddania się?

Choćby z samej ciekawości przeczytam kolejne części. Chcę wiedzieć, jak potoczy się życie Gwendolyn, ale cichy głosik podszeptuje mi, że nic nowego mnie nie zaskoczy. 

Moja ocena: 6/10

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
CZYTAM FANTASTYKĘ

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

017. Robert Kirkman, Jay Bonansinga - Żywe trupy: Narodziny Gubernatora

Tytuł: Żywe trupy: Narodziny Gubernatora
Oryginalny tytułThe Walking Dead: The Rise of the Governor
Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga
Wydawnictwo: SINE QUA NON
Seria: The Walking Dead
Ilość stron: 358


Żywe trupy: Narodziny Gubernatora to pierwsza z serii powieści, która zaraz po kultowym komiksie i serialu, opowiada o przygodach bohaterów, którzy starają się przetrwać w świecie opanowanym przez nową chorobę, zmieniającą ludzi w maszyny do pożerania żywcem - zombie.

Siegnęłam po nią pod wpływem zafascynowania wcześniej wspomnianym komiksem i serialem. Dodatkową rzeczą, jaka mnie przyciągnęła do tej pozycji jest to, że nie opowiada ona o Ricku i jego przygodach, ale o kimś zupełnie innym, kto z początku nawet nie pojawia się w historii Żywych trupów. Poznajemy go później, ale jest jednym z najbardziej barwnych bohaterów. Książka ów pomaga go poznać znacznie bliżej, sięgnąć do początków - narodzin despoty - gubernatora Woodsbury.

Historia bardzo przypomina wędrówkę Ricka. I tutaj mamy wyprawę do Atlanty, gdzie rzekomo ma się znajdować obóz dla uchodźców, a ocalali mają otrzymać pomoc i dach nad głową. Także i tutaj zamiast obozu mamy gromadę żywych trupów i rozwiane nadzieję... Razem z Philipem Blakem i jego grupą czytelnik podróżuje po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu ratunku, schronienia i odrobiny jedzenia oraz wody pitnej, napotykając się na innych ocalałych, którze wbrew pozorom niechętnie przyjmują pod swoje skrzydła nieznajomych, choć być może to umożliwiłoby im przetrwanie.

Jednocześnie czytamy o walce o własne życie i życie najbliższych - nie jest to więc jedynie ucieczka przed kanibalami. Na stronach książki prócz Philipa, zapoznajemy się również z sylwetkami jego brata - Briana, który opiekuję się swoją siostrzenicą Penny, jego przyjaciela Nicka i Bobby'ego. Każdy z bohaterów jest kompletnie inny, ale łączy ich jedna rzecz - instynkt przetrwania. Dobrze zarysowane są również postacie drugoplanowe i epizodyczne.

Właśnie dobry zarys bohaterów podobał mi się w powieści najbardziej. Do teraz trudno jest mi stwierdzić, który z nich był dobry, a który zły. Tłumaczę to sobie jedynie robieniem złych rzeczy w dobrym celu, choć powątpiewam, czy czasami istniał jakikolwiek cel. Drugą rzeczą jest akcja - na każdej stronie coś się działo, co sprawiało, że książkę niesamowicie szybko się czytało, a czytelnik nie był znudzony. W prawie 300 stronach zawarta jest jednak akcja obejmująca niewielki odcinek czasowy. Choć w gruncie rzeczy jest ona przewidywalna, samo zakończenie zwala z nóg. Właśnie dla niego warto przeczytać całość i niekiedy troszkę się niestety pomęczyć.

Główną wadą książki są błędy wydawnicze - literówki; raz zdarzyło się nawet, że bohater w obronie strzelał do samego siebie. Chyba jeszcze nigdy nie czytałam książki z taką masą błędów. Gdyby nie to, mogłabym się pokusić na wyższą ocenę, bo mówiąc szczerze - wiem, że książka długo pozostanie mi w pamięci i chętnie do niej powrócę. Równie chętnię sięgnę i po kolejną część.

Moja ocena: 7/10

Wakacyjnie w górach, z Żywymi trupami :)