Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 października 2014

098. Stephen Chbosky - Charlie

Rzadko kiedy sięgam po powieści epistolarne. Bardzo lubię książki w formie listownej, aczkolwiek tych, które by szczególnie mnie ciekawiły, jest naprawdę mało. Charlie od dawien dawna był w moich planach czytelniczych, które w końcu z powodzeniem zrealizowałam. 

Bohaterem i jednocześnie autorem listów jest Charlie. Nastolatek, który z pozoru jest podobny do każdego z nas. Chodzi do szkoły i bardzo dobrze się uczy, ma rodzinę, przyjaciół, ale w końcu i nastoletnie problemy. Jego najlepszy kumpel popełnia samobójstwo, w szkole nie jest popularny, a na domiar złego rodzina niezbyt się nim interesuje. Trafia jednak na osoby, które zmienią go i nauczą korzystać z życia.

Charlie jest dość specyficzną powieścią. Czytając ją, głęboko współczułam, ale również rozumiałam głównego bohatera. To historia niezwykle emocjonalna i wzruszająca. Wierzcie mi, że Charlie chwyta za serce.

Jednak nie dało się ukryć kilku mankamentów. Zacznę od oczywistego, czyli okładki. Ani ta filmowa, ani ta pokazana wyżej, niczym szczególnym się nie wyróżniają. Krótko mówiąc - są byle jakie. Szata graficzna aż krzyczy, a czcionka, której wręcz nienawidzę, dodatkowo razi w oczy. W środku jest jednak znacznie lepiej. Ta cieniutka książeczka zawiera sporo treści, dzięki dość małej czcionce. Wadą jest również dość słabe tłumaczenie. Myślę, że odebrałabym tę lekturę znacznie lepiej, gdybym czytała ją w oryginale. Na dodatek, jej początki są nieco nużące. Trzeba się naprawdę mocno skupić, ale na szczęście po kilkunastu stronach czytelnik może przyzwyczaić się do stylu autora.

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Stephen Chbosky wykreował jednocześnie realną, ale z drugiej strony nad wyraz aspołeczną i, nie ukrywając, dziwną postać. Charlie jest jak na nastolatka niezwykle mądry i podobny do wielu z nas. Każdy w końcu czuł się choć raz w życiu samotny czy wyobcowany. Z drugiej jednak strony jego niektóre zachowania zbliżały go do dziwaka, a niekiedy i osoby, która ma, mówiąc kolokwialnie, "nierówno pod sufitem". Charlie faktycznie miał "swój świat i swoje kredki". Sprawą indywidualną jest jednak to, czy czytelnik odbierze jego zachowania na plus czy na minus książce.

Mimo tego, Charlie bardzo mi się spodobał. Jest to książka dobra przede wszystkim dla nastolatków, bo naprawdę pokazuje, jak z reguły wygląda szkolne życie. Historia daje do myślenia. Nie wiem, czy przeczytam ją ponownie, aczkolwiek wiem, że jest jedną z tych, które czytelnik zachowuje w pamięci. Warto choć raz w życiu po nią sięgnąć.

Moja ocena: 7/10

Stephen Chbosky, Charlie, Wydawnictwo Remi, Warszawa 2012. s. 224

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

wtorek, 9 września 2014

095. Kady Cross - Dziewczyna w stalowym gorsecie

Epoka wiktoriańska wraz z X-Menami? Lubię historie traktujące o tych czasach, natomiast bajką o X-Menach zachwycałam się w dzieciństwie, podobnie zresztą jak teraz uwielbiam filmy z tej serii. Więc dlaczego by nie chwycić po książkę? W dodatku ta wpadająca niemal od razu w oko okładka, a wierzcie mi, że oprawa graficzna jest dla mnie bardzo ważna.

Główną bohaterką jest szesnastoletnia Finley, która po raz kolejny traci pracę za sprawą swoich tajemniczych, przeklętych zdolności. Jest urodziwą młodą dziewczyną, a przez to wabi do siebie mężczyzn. Gdy opisywanej nocy powala wielbiciela jednym ciosem, ucieka, a chwilę później trafia na przystojnego Griffina, który również skrywa mroczną tajemnicę...

Żadna osoba nie była zupełnie dobra czy zupełnie zła-jedna część nie mogła istnieć bez drugiej.

Zacznijmy jednak od tego, że podchodziłam do tej książki aż trzy razy. Za pierwszym przeczytałam około piętnastu stron, drugie podejście również nie było zbyt owocne. Za trzecim razem w końcu dałam jej szansę i przeczytałam w całości Dziewczynę w stalowym gorsecie, ale nadal zastanawiam się, czy nie lepiej było zakończyć moją przygodę z nią, jeszcze zanim ona się tak właściwie rozpoczęła.

Za sam pomysł autorce można postawić ogromnego plusa. I zrobiłabym to z ogromną chęcią, jeśliby oczywiście pisarka poradziła sobie z historią. To, że była ona nudna i przewidywalna jest oczywiste. Ta opowieść była wręcz infantylna i tak banalnie prosta, że aż boli. Bohaterowie również nie przyciągają uwagi czytelnika. Samo przez siebie mówi to, że miałam ogromny problem z zapamiętaniem ich imion. Gdy w końcu mi się to udało, książka się skończyła, a i one szybko wyparowały mi z głowy. Finley irytowała mnie na każdym kroku swoją głupotą i sztuczną słabością. Griffin, bohater, którego powinnam uwielbiać - arogancki, ale bardzo przystojny - tutaj w ogóle nie przypadł mi do gustu. O całej reszcie aż szkoda wspominać.

Na ludzkie serce nie było ceny.

Jedyne, do czego nie mogę się przyczepić to język. Pasował idealnie do młodzieżówek - ani nie zbyt ambitny, ani nie też zbyt prosty. Choć strasznie irytowały mnie zabiegi autorki. Gdy już zaczęła pewne sytuacje i bohaterów porównywać do innych postaci literackich, to przez dobre pół książki robiła to notorycznie.

Żałuję bardzo, że Kady Cross nie udało przenieść się mnie do czasów wiktoriańskiej Anglii. Żałuję również, że przynajmniej w połowie nie zachwyciła mnie tak swoim tworem, jak zachwycają mnie X-Meni. Być może pomysł był oryginalny, ale wyraźnie widać, że pisarka nie udźwignęła postawionemu sobie zadaniu. 

Nie powiem, by książka była aż tak zła. Po prostu nic nie wniosła do mojego życia. Nie zapadła mi w pamięci. Co prawda, nie była aż tak słaba, bym przerwała czytanie (bo jednak dotrwałam do końca!), ale jednak na tyle nudna i banalna, bym nie miała ochoty na kontynuacje. I Wam również ją odradzam. A już na pewno odradzam jej kupno, bo sama żałowałabym wydanych pieniędzy na Dziewczynę w stalowym gorsecie.

Moja ocena: 3/10

Kady Cross, Dziewczyna w stalowym gorsecie (ang. The girl in the steel corset), wyd. Fabryka Słów, Lublin 2013. s. 400

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 9 sierpnia 2014

090. Stephanie Perkins - Anna i pocałunek w Paryżu

Nigdy bym nie pomyślała, że tego lata zapragnę czytania takich książek jak Anna i pocałunek w Paryżu. Nigdy też nie pomyślałabym, że w takich oto książkach – lekkich i niewymagających – znajdę coś naprawdę wartościowego (prócz przyjemności z czytania oczywiście!).

Anna jest nastolatką, którą ojciec pewnego dnia wysyła na inny kontynent, do nowej szkoły, bez przyjaciół czy rodziny. Odtąd uczęszczać ma do Amerykańskiej Szkoły w Paryżu, nie znając przy tym ani krztyny języka francuskiego i nigdy nie mając do czynienia z Francją ani Francuzami. Dziewczyna zamieszka w internacie, zawrze nowe przyjaźnie, a także pozna kilku wrogów… Jedno jest jednak  pewne – nudy tutaj nie zaznacie!

Kocham cię tak, jak się kocha pewne ciemne rzeczy, potajemnie, w zasnutych mgłą zakamarkach duszy.

To historia wręcz idealna na upalne, letnie dni, kiedy człowiekowi zmęczonemu po pracy nic więcej się nie chce, niż tylko zasiąść na balkonie z mrożoną kawą i lekką lekturą na kolanach. W Annie i pocałunku w Paryżu znalazłam wszystko, co kojarzy się właśnie z taką książką. Mnóstwo humoru i ciekawą historię, uroki Paryża, a skoro Paryż to również mnóstwo miłości. Ale nie tylko. W tej książce znajdziecie również opowieść o sile prawdziwej przyjaźni, a także potwierdzenie na to, że nie zawsze nastoletnie życie jest pełne kolorów. Mimo tych wielu plusów, autorkę jednak najbardziej cenię za jedno zdanie, które zapadło mi w pamięci. Jest piękne, choć tak bardzo oczywiste: Dla nas obojga dom to nie miejsce, a ludzie. 

Pozycja ma również kilka wad. Mianowicie – przewidywalność. Cały czas wiedziałam jak historia potoczy się dalej, znałam zakończenie, choć o bohaterze, z którego udziałem ono było, przeczytałam po raz pierwszy zaledwie kilka zdań wcześniej. Zawiódł mnie również charakter szkoły. Choć jest amerykańska, miałam nadzieję znaleźć w niej urok Francji i Paryża, w którym się znajdowała. Jednak to nadal pozostałą typowa amerykańska szkoła, gdzie są wyżsi i niżsi rangą, gdzie przyjaciele trzymają się w grupkach i gdzie na korytarzach spotkać można prawdziwą zołzę, która uprzykrzy życie każdemu, kto nadepnie jej na odcisk. Ale w końcu to Paryż, a wydarzenia nie działy się tylko w budynku szkolnym. To na jego ulicach i w paryskich kinach (a Anna kino uwielbia) odnalazłam ten francuski czar. Choć nadal nie przepadam się za Francją, to dzięki tej książce zapragnęłam choć na chwilę znaleźć się w jej stolicy i zobaczyć wszystko, czym zachwycali się bohaterowie i o czym pisała autorka.

Tak, jak jest, jest okej. Jest dobrze, nawet jeśli nasza przyjaźń nie przeobrazi się w coś więcej. Choćby dlatego, że ta przyjaźń wzmocniła mnie bardziej niż przyjaźń kogokolwiek innego.

Od Anny i pocałunku w Paryżu mimo wszystko dostałam więcej, niż początkowo wymagałam, za co bardzo dziękuję fenomenalnej Stephanie Perkins. Nie spodziewałam się, że w takiej lekturze odnajdę coś, co zapadnie na dłużej w mojej pamięci, a tym bardziej nie spodziewałam się, że w ogóle odnajdę coś godnego mojej uwagi. Historia o nastolatce w ASP nadal pozostaje książką dla czytelników w wieku głównej bohaterki, w ogóle dla osób nadal uczęszczających do szkoły. Dorośli czytelnicy mogą się nieco zanudzić, choć nigdy nie mów nigdy, bo kto nie pragnie cofnąć się do szkolnych czasów?

Moja ocena: 8/10

Stephanie Perkins, Anna i pocałunek w Paryżu (ang. Anna and the French Kiss), wyd. Amber, Warszawa 2013. s. 368

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 30 lipca 2014

088. John Green - 19 razy Katherine

Po przeczytaniu Gwiazd naszych wina, miałam chęć sięgnąć jednocześnie po wszystkie książki Johna Greena. Padło na tę najnowszą, 19 razy Katherine.

Książka opowiada historię Colina Singletona, który w przeciągu wszystkich swoich szkolnych lat zdążył związać się z aż dziewiętnastoma dziewczynami o imieniu Katherine. Nie tylko z tego względu nastolatek ten jest wyjątkowy. To cudowne dziecko, które zna perfekcyjnie kilkanaście obcych języków, nałogowo czyta i uczy się, a w ostatnim czasie tworzy "Teoremat" - wzór, który pozwoli mu przewidzieć, jak potoczy się konkretny związek. Jednocześnie razem z przyjacielem Hassanem wyrusza w podróż, pozna nowych ludzi i przeżyje nowe przygody...

Można kochać kogoś tak bardzo, ale nigdy nikogo nie kocha się tak bardzo, jak bardzo się za nim tęskni.

Mówiąc szczerze, przez przynajmniej pierwszą połowę książki, byłam bardzo rozczarowana. W akcji wiało nudą, a dialogi były albo błahe, albo po prostu banalne. Irytowała mnie postać Hassana i czasem nawet głównego bohatera - Colina. Przeszkadzało mi to, w jak łatwy, wręcz nierealny, sposób ich rodzice zgodzili się na tak daleką, nieprzemyślaną i niezaplanowaną podróż.  Opisy również były długie, skomplikowane i niekiedy zupełnie niepotrzebne. Na szczęście w drugiej połowie książki powrócił ten John Green, którego pokochałam za fantastyczną Gwiazd naszych winę.

Opisywana historia była nieco chaotyczna, ale przede wszystkim bardzo nieprawdopodobna. Bo kto w tak krótkim czasie może poznać tyle dziewcząt o takim samym imieniu? Kto ma tak oddanego przyjaciela, który wyruszy z nim donikąd? Kogo pod dach przygarnie obca osoba lub kto pozwoli zamieszkać w swoim domu komuś zupełnie obcemu? Jaki nastolatek, choćby nie wiadomo jak niezwykły, podejmie się stworzenia wzoru na przebieg związku? W normalnym życiu takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień... A żeby tego było mało, historia Colina była wielce przewidywalna!  Na szczęście doskonałe wręcz pióro autora nadrobiło tę przewidywalność, ale mimo wszystko chyba wolę zwroty akcji, jakiekolwiek zaskoczenie w zakończeniu. Tutaj nie dostałam żadnej z tych rzeczy.

Nie pamiętamy tego, co się stało. To, co pamiętamy, staje się tym, co się wydarzyło.

Odstraszyć od lektury mogły również liczne wzory funkcji i ich wykresy. Bo matematyki jest tutaj dość sporo! Ale wszystko zostało zgrabnie i w przystępny sposób wyjaśnione. Ilość przypisów powalała na kolana, a na końcu czytelnik mógł nawet znaleźć aneks, w którym matematyk Daniel Biss jeszcze raz przedstawił cały "Teoremat", a zrobił to w tak prosty i humorystyczny sposób, że aż chciało się czytać o wszystkich wzorach. Wydawało by się niemożliwe, a jednak - matematyka potrafi być przyjemna.

Jednakże 19 razy Katherine pozostaje wciąż piękną powieścią nie tylko dla młodzieży. Pokazuje, że człowiek nie może się poddawać i że warto dążyć do spełnienia postawionych sobie celów (choć nie zawsze droga wiedzie z górki). Mówi o tym, jak ważna jest nie tylko miłość, ale też prawdziwa przyjaźń w życiu młodych ludzi, o czym wielu pisarzy zapomina, skupiając się na love story. Przedstawia bohaterów, którzy na łamach przeczytanych stron ewoluują. Co najważniejsze, zmieniają się również ci drugoplanowi, a to duży plus! 

Przeszłość to logiczna opowieść. A ponieważ przyszłość nie jest zapamiętana, wcale nie musi mieć żadnego pierdzielonego sensu.

Żałuję, że tak liczne minusy musiały znaleźć się w książce akurat tego pisarza. Żałuję, że dominują na przodzie lektury, przez co zniechęcają do czytania dalszego ciągu. A wierzcie mi, że warto! Mimo nieciekawego, słabego początku, lektura 19 razy Katherine była wspaniała. Pełna humoru, czasem ironii i sarkazmu, który bawił jeszcze bardziej. Pełna szczęścia, ale także bólu, który sprawiał, że łzy napływały do oczu. To taka dawka niemal każdej emocji w pigułce. Coś nieprawdopodobnego.

Moja ocena: 7/10

John Green, 19 razy Katherine (ang. An Abundance of Katherine), wyd. Bukowy Las, Wrocław 2014. s. 304

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 9 lipca 2014

085. John Green - Gwiazd naszych wina

O Gwiazd naszych wina,  w ogóle o autorze takim jak John Green, usłyszałam kilka miesięcy temu. Jeszcze zanim obejrzałam trailer ekranizacji, już wiedziałam, że najpierw koniecznie będzie trzeba przeczytać książkę. Zaczęłam więc zapoznawać się, ze sporą ilością opinii na jej temat i byłam zachwycona, ale w końcu jednak książki nie zamówiłam. Krótko przed 6 czerwca znów sobie o niej przypomniałam i powiedziałam, że nie obejrzę filmu, dopóki nie przeczytam książki. Niedawno tak właśnie się stało.

To historia szesnastoletniej Hazel, chorującej na nowotwór tarczycy z przerzutami do płuc. Z powodu raka chodzi ona na grupę wsparcia, gdzie spotykają się i rozmawiają ludzie, którzy również mają postawioną śmiertelną diagnozę. Tam poznaje beznogiego Augusta, dzięki któremu nastolatka przeżyje swoją krótką wieczność...  

Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń.

Należy przede wszystkim przyznać, że John Green to pisarz, który tworzy prawdziwe, wzruszające historie, używając do tego naprawdę lekkiego pióra. Bo Gwiazd naszych wina czyta się bardzo szybko, a przekaz i ogromną dawkę emocji, jakie w sobie niesie książka, są naprawdę potwornie duże.

To nie jest zwykła historia nastoletniej miłości, która ma przetrwać wieki. Tutaj dni są policzone i dopóki szybko nie wykorzysta się daru od losu, można stracić wszystko. Takie właśnie jest uczucie Hazel i Gusa. Krótkie, wręcz przelotne i z góry skazane na porażkę, ale dzięki temu silne i prawdziwe. Ich miłość jest niezwykła, choć realna. I za to właśnie pragnę podziękować autorowi - za tę realność. Bo stworzył on coś, co może się wydarzyć na co dzień w dzisiejszym świecie, co może przydarzyć się każdemu z nas. Nie ubarwia i nie koloryzuje, a wszystko opisuje z taką dosłownością... Po prostu pisze od rzeczy. A przy całej powadze sytuacji perfekcyjnie używa humoru. Aż nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Ślady, które ludzie pozostawiają po sobie, zbyt często są bliznami.

Wiem, że mówił to pewnie już niejednokrotnie każdy bloger, ale ta książka jest cudowna! Jeszcze nigdy tak bardzo nie wczułam się w lekturę i tak bardzo nie płakałam przy czytaniu kolejnych stron. To już nawet nie chodzi o to, jak potoczyła się historia nastolatków, ale przede wszystkim o to, w jaki sposób została ona zapisana. Każde słowo niosło ze sobą uczucia, a połączone razem w zdania tworzyły wielki przekaz dla czytelników. Bo każdy człowiek zasługuje na szczęście, nawet w najtrudniejszych chwilach. Bo każdy ma prawo przeżyć swoje całe życie, nawet jeśli za rogiem już czyha na niego śmierć. Bo każdy toczy walkę ze swoim życiem i to tylko i wyłącznie od niego zależeć będzie, czy ją wygra. A śmierć w tym wypadku nie będzie przegraną.

Bardzo cieszę się, że przed obejrzeniem filmu, sięgnęłam po książkę. To pozwoliło mi wyobrazić sobie wszystko, przeżyć całe trzysta stron po swojemu. Teraz oczywiście ze spokojem będę mogła poświęcić swój czas ekranizacji, ale już wiem, że nieważne, jak dobra by ona nie była, książka i tak pozostanie najpiękniejsza i najcudowniejsza. 

-Nie zabijają, dopóki ich nie zapalisz - powiedział, kiedy samochód zatrzymał się przy nas. - A ja nigdy żadnego nie zapaliłem. Widzisz, to metafora: trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabijał.

Nie przejmujcie się całym fenomenem Greena i tym, jak bardzo wszyscy go wychwalają. Nie martwcie się, że ludzie ją przeceniają, a w rzeczywistości okaże się ona niewypałem. Bo tak nie będzie. Po prostu weźcie ją do ręki i zaszyjcie się gdzieś na kilka godzin w samotności. Jeśli jednak nie lubicie czytać, obejrzyjcie chociaż film, bo to może on bardziej ode mnie skusi Was do sięgnięcia po lekturę. To dzieło niesamowite! Z czystym sercem mogę nawet powiedzieć, że Gwiazd naszych wina w niczym nie ustępuję najsławniejszym, największym i najpiękniejszym dziełom pisarzy we wszystkich epokach. 

Moja ocena: 10+/10

Green John, Gwiazd naszych wina (ang. The fault in our stars), wyd. Bukowy Las, Wrocław 2014. s. 320

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

czwartek, 26 czerwca 2014

081. Robert Kirkman, Jay Bonansinga - Żywe trupy. Upadek Gubernatora. Część 1

Tytuł: Żywe trupy. Upadek Gubernatora
Tytuł oryginału: The Walking Dead. The Fall of The Governor
Autorzy: Robert Kirkman, Jay Bonansinga
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: The Walking Dead, tom 3
Ilość stron: 340


Po zaskakujących Narodzinach Gubernatora oraz po fantastycznej Drodze do Woodbury, przyszła kolej na wyczekiwaną przeze mnie część pierwszą Upadku Gubernatora. Czy było warto?

Po przybyciu Lilly Caul z towarzyszami do Woodbury, srogie lecz skuteczne rządy Gubernatora Philipa Blake'a przeistaczają się w istną rzeź. Sam Blake staje na rozdrożu - z jednej strony pozostaje krwawym łotrem, z drugiej jednak rozum podpowiada mu, że powinien się opanować. Jaką drogę wybierze? I czy faktycznie doprowadzi go ona do upadku? Odpowiedzi na te pytania serwuje Wam kolejny tom serii The Walking Dead.

Książka nie opowiada tylko o despocie w Woodbury. To również kontynuacja historii Lilly, która z bojaźliwej i kruchej dziewczyny, przeradza się w silną i odważną kobietę. Z początku niechętnie podchodziłam do takiego pomysłu autorów. Miałam bowiem nadzieję, że książka pędzie poświęcona tylko i wyłącznie Gubernatorowi. Jednak po zakończeniu lektury stwierdziłam, że dobrze się stało. Bez wątku Lilly Upadek Gubernatora byłby tylko i wyłącznie pełen przemocy, znęcania, gwałtów oraz krwawych jatek.

Żałuję natomiast, że tak mało uwagi było poświęconych żywym trupom. Zombie bowiem pojawiały się bardzo rzadko i wydawało mi się, że ich kreacja nie była już tak mordercza i bezlitosna jak we wcześniejszych tomach. Brakowało mi ich ataków, a opisy wypadów po prowiant bez tego nie były już tak pełne grozy.

Należy zaznaczyć, że dla osób, które zaznajomiły się z komiksem lub przynajmniej obejrzały wszystkie serie serialu The Walking Dead, wydarzenia opisywane w książce nie będą wielkim zaskoczeniem. Jedyną różnicą był ich punkt widzenia. Prócz tego wydawało mi się, że ich opisy były o wiele bardziej bezlitosne, a czasem wręcz nieludzkie. Czytelnicy w końcu mogą również poznać znajomych bohaterów - Ricka, Glenna i Michonne z kataną, która w szczególności zapadnie w pamięci i niejednokrotnie zaszokuje.

Upadek Gubernatora mimo wszystko nie zawiódł moich oczekiwań. Choć znałam zakończenie, nie spodziewałam się takich zwrotów, zwłaszcza jeśli chodzi o historię Lilly Caul. To lektura pełna brutalności i przelewu krwi. Szkoda tylko, że tak mały udział miały w tym żywe trupy. Czekam z niecierpliwością na kolejną część, choć nieco dziwię się, dlaczego autorzy postanowili rozdzielić ten tom. Nie jest on zbyt obszerny. Z drugiej strony jednak cieszę się, że ta przygoda tak szybko się nie skończyła i nadal jest na co czekać.

Moja ocena: 9/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 21 czerwca 2014

080. Marilynne Robinson - Dom nad jeziorem smutku

Tytuł: Dom nad jeziorem smutku
Tytuł oryginału: Housekeeping
Autor: Marilynne Robinson
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Ilość stron: 212


Niektóre książki są wyjątkowe pod kilkoma względami. Niosą w sobie prawdziwą, realną historię i zawierają ogromną ilość emocji, które wychodzą na jaw przy ich czytaniu. Z pewnością taką pozycją jest Dom nad jeziorem smutku.

Jestem pewna, że nigdy nie chwyciłabym za lekturę tej książki, gdyby nie nowo nawiązana współpraca. Książka jednak od samego początku, zanim jeszcze zaczęłam ją czytać, fascynowała i przyciągała. Gdy tylko listonosz zapukał do moich drzwi, nie czekałam, a od razu zabrałam się za lekturę.

Opowiada ona historię Ruth i jej siostry Lucille. Po tragicznej śmierci matki, dziewczynki trafiają na wychowanie do domu nad jeziorem w Fingerbone, do babci. Gdy ta umiera, opiekę nad dziećmi przejmują dwie siostry zmarłego dziadka. Ostatecznie jednak "władze rodzicielskie" trafiają do ciotki Sylvie - siostry zmarłej matki. 

Książka ma dość intrygujący tytuł, który według mnie doskonale do niej pasuje (o wiele bardziej od oryginalnego Housekeeping). Tytułowe jezioro jest bowiem symbolem smutku, śmierci i straconych nadziei. To w nim zginął zarówno dziadek dziewczynek, jak i odebrała sobie życie ich matka. To również wokół niego dzieje się cała akcja. Bohaterki za młodu spędzają nad jego brzegiem, a zimą również na jego powierzchni, większość swojego wolnego czasu. Dla Ruth jednak jezioro staje się czymś więcej. To metafora wolności i nowego życia, którego smak może poznać dzięki dość dziwnej i ekscentrycznej ciotce.

Książka jest wręcz dogłębnie przesączona smutkiem oraz melancholią, a jedyną odskocznią od nich są komiczne postacie dwóch sióstr dziadka. Ich nieudolność i głupota naprawdę potrafią zabawić czytelnika. W gruncie rzeczy jednak historia młodych bohaterek pozostaje tragiczna. Od dzieciństwa spotykały się ze śmiercią, porzuceniem i myślę, że tęsknotą za prawdziwą rodziną i prawdziwym domem, którego tak naprawdę nigdy nie miały. Wniosek ten nasunął mi się po zakończeniu lektury, po tym jakie rozwiązanie zaserwowała autorka. 

To dla mnie niesamowite, jak wciągająca może być książka, w której na pozór nic się nie dzieje. Opisy dzieciństwa i lat szkolnych z punktu widzenia Ruth nie są pełne zwrotów akcji i interesujących wydarzeń. A jednak, gdy zacznie się czytać Dom nad jeziorem smutku, nie można się od niego oderwać. W głównej mierze dzieje się tak za sprawą tego, jak dobrze zostały skonstruowane portrety bohaterek. Pani Robinson bowiem dość wnikliwie przedstawiła ich charakter i historię.

Kończąc, sądzę, że to książka dla dojrzałych czytelników. Nie jest natomiast wymagającą pozycją, choć pełna symboli i metafor, prowadzi czytelnika do wielu przemyśleń i zaskakujących wniosków. Należy również wspomnieć oraz pochwalić doskonały warsztat pisarski autorki. Dobór słownictwa i tego, z jaką lekkością zdania łączą się we wspólną, jednolitą całość, są jakby wisienką na torcie tej książki.

Moja ocena: 8/10

Książka otrzymana do recenzji od Wydawnictwa M:

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 28 maja 2014

074. Veronica Roth - Niezgodna

Tytuł: Niezgodna
Oryginalny tytuł: Divergent
Autor: Veronica Roth
Wydawnictwo: Amber
Cykl: Niezgodna, tom 1
Ilość stron: 352


O Niezgodnej słyszałam już od dawna. Za każdym razem na półkach w księgarniach nawet jej nie brałam do ręki, a w Internecie nie zawracałam sobie głowy czytaniem jej recenzji. Nie potrafiłam pojąć, czym tak bardzo zachwycają się czytelnicy i czy może być coś lepszego od fantastycznych serii Igrzysk śmierci czy Delirium. W końcu jednak chwyciłam za powieść. Najpierw jednak zupełnie przypadkiem obejrzałam ekranizację, czego teraz niestety bardzo żałuję. A jakie mam zdanie na temat lektury Niezgodnej?

Pięć frakcji - Altruizm, Nieustraszoność, Erudycja, Prawość i Serdeczność – stanowi społeczeństwo Chicago. Altruistka Tris i reszta szesnastoletnich mieszkańców muszą przejść test przynależności i ostatecznie wybrać frakcję, w której chcą zamieszkać przez resztę życia. Nie jest to jednak takie proste i nie każdemu test wskazuje jednoznaczny wynik... Niezgodna Tris wybiera Nieustraszoność, gdzie obok morderczego treningu, będzie ukrywać tajemnicę, przez którą może zostać wyeliminowana…

Książkę Veronici Roth czytało mi się bardzo szybko. Myślę, że przyczyną tego była głównie wartka akcja i jej dynamizm powodowany przez krótkie zdania.  A działo się faktycznie wiele. Wydarzenia pędziły za wydarzeniami w niesamowitym tempie i czytelnik faktycznie mógł odnieść wrażenie, że razem z Tris i innymi bohaterami przebywa w Nieustraszoności. Nie wiem, czy był to celowy zabieg autorki, czy zupełny przypadek, ale gdy akcja rozgrywała się chociażby w Altruizmie, nie odczuwałam już tak  tego pędu.

Sami bohaterowie zostali dość dobrze skonstruowani. Choć wydaje mi się, że Ci drugoplanowi byli o wiele ciekawsi od głównych. Cztery czy nawet sam Eric – dowódca Nieustraszonych – fascynowali mi swoją oryginalnością i tajemnicą, jaka od nich biła.

Sam świat także był nieco oryginalny. Wydawać by się mogło, że to niemożliwe. Na rynku w końcu w dzisiejszych czasach pojawiło się mnóstwo dystopijnych książek o dokładnie takim samym schemacie. Presja bezlitosnej władzy i jedna, niepozorna dziewczyna, która nagle zmienia wszystko. W Niezgodnej również tak jest, jednak mam nieodparte wrażenie, że autorka skonstruowała zupełnie nowy, niepowtarzalny świat.

Niezgodna to bardzo dobra książka, którą czyta się szybko i w której nie ma czasu na nudę. Nie wymaga wiele od czytelnika, a za to daje wspaniałą historię. Zachwyciła mnie, choć uważam, że nad postacią Tris Veronica Roth powinna lepiej popracować. Mam nadzieję, że nie będę rozczarowana drugim tomem - Zbuntowaną, który z przyjemnością przeczytam.

Moja ocena: 8/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 26 kwietnia 2014

069. Cassandra Clare - Miasto zagubionych dusz

Tytuł: Miasto zagubionych dusz
Oryginalny tytuł: City of Lost Souls
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Seria: Dary Anioła, tom 5
Ilość stron: 550


To jedna z recenzji, którą w mojej dość krótkiej karierze blogowej, najtrudniej się pisało. Nawet nie z powodu tego, że książkę czytałam właściwie ponad dwa miesiące... Ale najpierw pokrótce o fabule.

Wszystkie wydarzenia obracają się wokół Jace'a, który został "opętany" przez brata Clary - Sebastiana. Obydwoje wędrują po świecie za celem, o którym wie tylko Sebastian. Jace bowiem potulnie zgadza się na wszystkie jego zachcianki. Jedyną nadzieję, że w chłopaku tlą się jeszcze prawdziwe uczucia, ma Clary i dlatego to postanawia odnaleźć ukochanego i odkryć, jakie intencje ma jej brat. A cena jest spora. Chodzi tu nie tylko o życie Clary i wydawałoby się, że nieśmiertelną miłość, ale także o życie i duszę Jace'a. 

Schemat jest właściwie każdemu dobrze znany. Zbyt długo nie mogło być kolorowo między kochankami, bo byłoby za nudno i słodko. Tym razem jednak pojawia się Sebastian, który według mnie ratuje tę książkę. Z jednej strony jest strasznie podobny do ukochanego Clary, z drugiej jednak zupełnie od niego inny. Przystojny, czarny charakter, a w dodatku wydaje się być wrażliwy i uczuciowy. Ideał dla każdej dziewczyny. Tak jak niegdyś Jace był jednym z najbardziej humorystycznych postaci, tak teraz jego miejsce zajmuje syn Valentine'a. Jace został zepchnięty na dalszy plan, a przez całą sytuację "opętania" i służenia złu, pozbawiony tego, co było w nim najlepsze.

Fakt, czytałam tę książkę bardzo długo. Miałam mały kryzys, ale nawet patrząc przez pryzmat tego, myślę, że w "normalnych okolicznościach" wcale szybciej bym jej nie przeczytała. Mianowicie - strasznie mnie nużyła. 500 stron to dla mnie naprawdę niezbyt dużo. Mam jednak wrażenie, że gdyby autorka nieco jej odjęła, powieść nie straciłaby na wartości. Może by nawet zyskała. Wydarzenia ciągnęły się, a w dodatku wszystko było dla mnie nad wyraz przewidywalne. Być może po wcześniejszych częściach oczekiwałam czegoś więcej. A tymczasem jest to dobrze napisany ciąg dalszy historii. I tylko dobrze. Bo nic więcej nie potrafię na jej temat powiedzieć. A szkoda.

Moja ocena: 6/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 12 lutego 2014

062. Stephen King - Joyland

Tytuł: Joyland
Oryginalny tytuł: Joyland
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 335


King jest dla mnie autorem wyjątkowym. Nie dlatego jednak, że każda książka jego książka jest fenomenalna. Bo tak nie jest. Wiele z nich mi się nie podoba, nudzą mnie. Ale kilka przypadło mi do gustu i uwielbiam je czytać. Joyland plasuje się u mnie gdzieś po środku. Nie sprawia, że czytam ją z zapartym tchem, ale też czytając, nie mam ochoty jej odłożyć. 

Razem z Devin'em Jones'em czytelnik przenosi się do lat 80. Przeżywa z nim nieszczęśliwą studencką miłość, słucha The Doors, a w końcu i trafia do tytułowego Joylandu. Miejsca, gdzie sprzedaje się zabawę i śmiech dzieciakom, miejsca, gdzie każdy - nawet dorosły - znajdzie coś dla siebie. To tam bohater przebiera się za psa Howie'go i w czterdziestostopniowym upale bawi klientów. To również tam Devin poznaje tajemniczą dziewczynkę w czerwonej czapce i mierzy się z brutalnym morderstwem sprzed lat...

Żyjemy w świecie głęboko zepsutym, pełnym wojen, okrucieństwa i bezsensownych tragedii. Każdy zamieszkujący go człowiek dostaje swoją porcję nieszczęścia i nieprzespanych nocy. (...) Biorąc pod uwagę fakt, że taka jest smutna, ale niezaprzeczalna prawda o ludzkiej kondycji, tego lata otrzymaliście bezcenny dar: jesteście tu po to, aby sprzedawać zabawę.

Czy Joyland faktycznie bawi? Czy jest pełny grozy i tajemnicy? Bardziej skłaniałabym się ku temu drugiemu. Były co prawda momenty, gdy śmiałam się do rozpuku, ale przez większość czasu zastanawiałam się, co się zaraz wydarzy, bo zdarzyć coś się w końcu musi. Początek lektury jest bowiem nieco zwyczajny. Mamy do czynienia z przeciętnym, amerykańskim studentem bez grosza w kieszeni, który w końcu chce ze swoją dziewczyną zrobić "to". I tak przez pierwsze sto stron... Akcja jednak rozwija się, chociaż nadal jest nieco przewidywalna.

Gdy tak myślę o książkach Kinga, które miałam okazję przeczytać, muszę stwierdzić, że przy wielu z nich miałam mnóstwo oczekiwań, które jednak nie sprawdziły się. Z Joylandem było identycznie. Nie nazwałabym tej książki horrorem, bo w większości były to snute opowieści, relacje z dnia i przemyślenia bohatera. Jednakże w jakiś sposób to ciekawiło.

Kiedy człowiek ma dwadzieścia jeden lat, życie to mapa drogowa. Dopiero w wieku dwudziestu kilku lat zaczyna podejrzewać, że przez cały czas patrzył na tę mapę odwróconą dołem do góry, a jako czterdziestolatek wie to na pewno.

Dla fanów autora Joyland jest lekturą obowiązkową. Dla fanów horrorów... Mimo wszystko odradzałabym, bo nawet mnie dreszcz nie przeszedł po plecach, czego żałuję. Myślę, że nieco przesadzono, nazywając tą powieść szczytową formą pisarza. Wypadło dość przeciętnie.

Moja ocena: 5/10 

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 5 lutego 2014

061. Lauren Oliver - Requiem

Tytuł: Requiem
Oryginalny tytuł: Requiem
Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo: Moondrive
Seria: Delirium, tom 3
Ilość stron: 390


Requiem kupiłam już wczesnym latem. Sama do końca nie wiem, dlaczego przeczytałam tę książkę dopiero teraz. Z jednej strony miałam mnóstwo innych, które bardzo chciałam przeczytać, choć ta ciekawiła mnie równie mocno. Z drugiej strony nie chciałam zbyt szybko rozstawać się z bohaterami trylogii DeliriumRequiem jest bowiem trzecim i jednocześnie ostatnim tomem.

Tym razem narracja podzielona jest między dwie dziewczyny. Lena, która zdołała uciec do Głuszy, wspólnie z resztą Odmieńców wyrusza do miasteczka Waterbury, gdzie ponoć znajduje się bezpieczna osada innych niewyleczonych, chorych na delirię. Osada ludzi, którzy potrafią prawdziwie kochać. Przeciwieństwem głodu i ubóstwa jest historia Hany – dawnej przyjaciółki Leny. Dziewczyna poddała się remedium, a już niedługo ma wyjść za nowego burmistrza Portland i stworzyć z nim idealną, wzorową rodzinę. Rodzinę bogatą i znaną, ale pozbawioną jakichkolwiek czułych uczuć. Żadna z nich nie wie, że będzie dane spotkać im się jeszcze raz…

Chcieliśmy móc kochać bez przeszkód. Chcieliśmy mieć wolność wyboru. Teraz więc musimy o to walczyć.

Trylogia Delirium to jedna z wielu na rynku antyutopii. Jest jednak serią wyjątkową i zapadającą w pamięć. Lauren Oliver stworzyła prawdziwe arcydzieło, a główne wartości, jakie rządzą światem, ujęła w dość prostą historię. Historie miłosne między nastolatkami, których w księgarniach na półkach piętrzą się różne oblicza, tutaj przyjmują kompletnie inny wymiar. Ta opowieść, choć wydaje się być nieprawdopodobna, jest po prostu prawdziwa. Każdy z nas bowiem w mniejszym lub większym stopniu spotkał się z różnymi obliczami miłości. 

Bohaterowie, z którymi możemy się utożsamiać, którymi może być każdy z nas. Świat, w którym zwykły człowiek jest tylko pionkiem w ręku władzy. Świat, w którym ludzie chcą się buntować, bo pragną nie tylko kochać, ale przede wszystkim pragną być wolni.

Co to za dziwny świat, w którym ludzie pragnący po prostu kochać zostają zmuszani do walki. Co za przewrotna natura życia.

Muszę też wspomnieć, że to jedyna książka, z jaką w życiu się spotkałam, w której pisarz przedstawił tak wyraźny apel, trafiający do serc czytelników. Lauren Oliver właśnie tym mnie najbardziej ujęła. Pisze prostym, ale pięknym i osobliwym językiem. Radzi i apeluje jak kochać, jak dążyć do celów, po prostu jak żyć.

Jeśli nie jesteście przekonani do tej trylogii i wahacie się, czy po nią chwycić, nie zwlekajcie dłużej! Powtórzę raz jeszcze – to wyjątkowa historia, wyjątkowi bohaterowie i wyjątkowy świat. Myślę, że właśnie dlatego ta książka stała się bestsellerem. Jest mistrzowska i chyba te wszystkie pochwały i moje ukłony właśnie w tym słowie powinnam zawrzeć – Lauren Oliver jest dla mnie po prostu mistrzem.

Moja ocena: 10/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 25 stycznia 2014

057. Marie Lu - Legenda. Rebeliant

Tytuł: Legenda. Rebeliant
Oryginalny tytuł: Legend
Autor: Marie Lu
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Seria: Legenda, tom 1
Ilość stron: 304


Dystopie we współczesnej literaturze stały się bardzo powszechne. Dlatego autorom książek trudno wybić się i stworzyć coś naprawdę wyjątkowego, co zapadnie w pamięci. Myślę, że Marie Lu się to udało.

Akcja dzieje się w Republice - państwie położonym przy zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, które uwikłane jest w odwieczną wojnę z sąsiadem - Koloniami. Głównymi bohaterami są piętnastoletni Day i June. On - najbardziej poszukiwany przestępca, który po oblaniu Próby uciekł, a teraz podejrzany jest o morderstwo. Ona - dziewczyna, która zdobyła maksymalną liczbę punktów na Próbie, najmłodsza i najmądrzejsza wśród studentów; dziewczyna, która po zabójstwie brata ma tylko jeden cel - znaleźć mordercę... Obydwoje nie zdają sobie sprawy z tego, że zostali wrobieni.

Legenda. Rebeliant to rodzaj książki, którą czyta się w niemożliwie szybkim tempie. Wartka akcja nie pozwala czytelnikowi na nudę, a co ważniejsze nie pozwala również na oderwanie się od książki. Jeśli już zaczniesz czytać, nie odłożysz jej, dopóki nie skończysz! 

Co prawda bohaterowie są typowi - chłopak, uważany przez wszystkich za najgorsze zło, tak naprawdę jest wrażliwy i opiekuńczy. Dziewczyna natomiast rezygnuje z największych przywilejów tylko dlatego, że straciła dla niego głowę. 

Lekturę urozmaica prowadzenie narracji z perspektywu obu bohaterów. To pozwala czytelnikowi bardziej wczuć się, a co ważniejsze poznać bliżej June i Daya. 

Samo zakończenie. Niby takie zwyczajnie, ale zwala z nóg! Uwierzcie mi, ta książka sprawia, że niejednokrotnie będziecie w szoku i uronicie nie jedną, a wiele łez. Polecam!

Moja ocena: 8/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

poniedziałek, 6 stycznia 2014

053. Gena Showalter - Alicja w krainie zombie

Tytuł: Alicja w krainie zombie
Oryginalny tytuł: Alice in Zombieland
Autor: Gena Showalter
Wydawnictwo: Mira
Seria: Kroniki białego królika, tom 1
Ilość stron: 508



Tematyka zombie jest w dzisiejszej kulturze niezwykle popularna. Zwłaszcza w literaturze osiąga swoje apogeum. Książek na temat żywych trupów powstaje coraz więcej, a pisarze muszą się bardzo natrudzić, aby ich dzieło zasłynęło choć odrobinę w świecie. Alicja w krainie zombie już ze względu na sam tytuł nawiązujący do bajki wabi czytelnika. Ale czy jest do czego?

Główną bohaterką jest Alicja, która w wypadku samochodowym traci rodziców i siostrę.  Przeprowadza się do dziadków i zaczyna naukę w liceum, gdzie zaprzyjaźnia się z Kat – kompletnym przeciwieństwem Ali. Nastolatka zyskuje popularność w szkole i trafia w oko jednemu z największych buntowników – Cole’owi. Chłopak razem ze swoją paczką przyjaciół poluje na zombie. Poznając go, Alicja poznaje świat, o którym zawsze mawiał jej ojciec, przed którym tak bardzo chronił ją, jej siostrę i matkę, ale świat, w który Ali nigdy nie chciała mu uwierzyć. Jak będzie teraz?

Przede wszystkim spodziewałam się więcej nawiązań do pierwowzoru – Alicji w krainie czarów. Prócz królika, który pojawia się na niebie i tytułów rozdziałów oraz oczywiście imienia głównej bohaterki, nic więcej czytelnik raczej nie spotka. Po drugie byłam nieco rozczarowana tym, że Alicja w krainie zombie nie jest pierwszą powieścią o takim tytule. Już wcześniej napisano książkę tak samo zatytułowaną. Prawdę mówiąc, myślałam, że autorka jest nieco bardziej oryginalna, a przede wszystkim, że podoła poprzeczce, jaką sobie postawiła.

Bohaterowie? Jest ich mnóstwo. Czytelnicy poznają klasyczny typ nastolatków imprezowiczów. Aż dziw, że tytułowa bohaterka stroni od alkoholu… Cole – buntownik – typowy niegrzeczny chłopak, który swoim zachowaniem przyciąga dziewczyny jak magnes. I tutaj drugie zdziwienie – choć nie stroni od towarzystwa dziewczyn, nagle Ali staje się dla niego tą jedyną, której musi strzec jak oka w głowie. Wiem, że jest to typowy schemat dla literatury młodzieżowej, aczkolwiek wiem również, że takie zachowanie graniczy z cudem…

Zaczęłam od minusów, a jakie są plusy? (Przyznam się szczerze, że naprawdę trudno jest mi je wymienić; musiałam długo myśleć). Przede wszystkim kreacja żywych trupów, z jaką nigdy wcześniej się nie spotkałam. Zombie nie są tutaj rozpadającymi się zwłokami, które bezmyślnie ciągną do ludzi, by się pożywić. Zostały ukazane jako forma dusz, a co więcej – istot myślących, zdolnych porozumieć się z człowiekiem.  Autorka opisała je dość dokładnie, za co chwała jej. Po drugie, historia jaką stworzyła, mimo wielu ale, kusi i wciąga. Choć z początku akcja rozwijała się wolno, a trupów było niewiele, pod koniec mamy prawdziwy mix wszystkiego (pisarka chyba chciała zadośćuczynić za początkową nudę). Wszystko to składa się w przemyślaną, ale niestety czasem nieco nieskładnie opisaną historię. Całą książkę jednak ratuje jedna, drugoplanowa, a nawet epizodyczna bohaterka – Kat. Jej wypowiedzi oraz zachowanie, nie tylko względem przyjaciół, ale również samej siebie były dla mnie powodem do śmiechu, ale również do podziwu dla niej.

Dziękuję również za wywiad z Geną umieszczony na końcu książki, dzięki któremu zapałałam do niej sympatią i ostatecznie wiem, że jednak będzie część kolejna książki, na którą miałam nadzieję, czytając zakończenie. Mam także nadzieję, że kontynuacja będzie napisana nieco lepiej niż poprzedniczka.

Moja ocena: 7/10 (mimo mojej dośc krytycznej oceny, miło wspominam lekturę tej książki)

Książka przeczytana w ramach wyzwań: