Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZECZYTAM TYLE ILE MAM WZROSTU. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZECZYTAM TYLE ILE MAM WZROSTU. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 sierpnia 2015

115. Lauren Oliver - [delirium. opowiadania]

Długo wyczekiwałam premiery [delirium opowiadania] w Polsce. Było dla mnie jasne, że gdy tylko książka ukaże się w księgarniach, będzie musiała znaleźć się też na mojej półce. A że akurat jej premiera wypadała w moje urodziny, więc czemu nie zrobić sobie tak miłego prezentu?

Czytając tę krótką, bo zaledwie dwustustronicową książeczkę, można poznać nieznane dotąd losy Annabel, Raven, Hany i Aleksa. Przenoszą nas one w świat krypt, w świat regulowany przez władzę, która tępi wszelkie oznaki delirii, ale również do miejsca, w którym żyją odmienni. Dają one nieco inne światło na wydarzenia dziejące się w trylogii [delirium], a także na co po niektóre zachowania i decyzje bohaterów. W końcu stają się one zrozumiałe, bo kończąc [requiem], ma się wiele pytań i, niestety, żadnej odpowiedzi. 

Każde z opowiadań ma około pięćdziesięciu stron. Według mnie to zbyt mało, by zaspokoić ciekawość czytelnika - fanatyka trylogii. Dobrze jednak, że Lauren Oliver nie poprzestała na napisaniu trzech części, a zdecydowała się dać nam dodatek w formie tej książki. Nie przepadam się za takimi sequelami czy prequelami, bo zwykle są one słabe. Ten jednak trzyma poziom nadany w poprzednich tomach. Jest napisany równie cudownym stylem, z którego można wyciągnąć mnóstwo cytatów i prawd dotyczących nie tylko miłości, ale i samego życia.

Książkę pochłonęłam właściwie w jedno po południe. Cieszę się więc, że tak szybko udało mi się ją przeczytać, ale żałuję też, że to już naprawdę koniec i więcej o tym świecie nowego zapewne nie przeczytam. Jeśli jednak będę chciała do niego powrócić, na pewno najpierw chwycę po te opowiadania, aniżeli po całą trylogię.

Lauren Oliver i tym razem nie pozostawia złudzeń - pisarka ma naprawdę ogromny talent pisania o miłości, poświęceniu i cierpieniu w świecie, w którym najpiękniejsze uczucie traktowane jest jako chorobę. [delirium opowiadania] pozostaje więc wspaniałym uzupełnieniem trylogii i miłym powrotem do świata, jaki wykreowała autorka. Jednak dla osób, które nigdy nie chwyciły po tę serię, wątki mogą stać się nieco niezrozumiałe, a bohaterowie nieznani.

Lauren Oliver, [delirium opowiadania], Otwarte, Kraków 2015, s. 194

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
PRZECZYTAM TYLE, ILE MAM WZROSTU (1,5 cm)

poniedziałek, 20 lipca 2015

113. Colleen Hoover - Hopeless

Mówią, że o miłości napisano już wszystko. O pierwszych spojrzeniach, spotkaniach, pocałunkach, zakochaniu się, a w końcu i wzajemnej miłości dwojga ludzi do siebie powstało wiele książek. A zwłaszcza w ostatnich miesiącach, kiedy to modny stał się gatunek Young Adult lub też New Adult. Hopeless wydano nieco wcześniej, ja jednak sięgnęłam po tę książkę niedawno, spodziewając się kolejnej romantycznej opowieści z szczęśliwym zakończeniem. Co otrzymałam?

Siedemnastoletnia Sky wychowana została przez matkę, nie tolerującą elektroniki. Od najmłodszych lat nauczano ją indywidualnie w domu, jednak gdy jej przyjaciółka wylatuje na pół roku za granicę, dziewczyna postanawia podjąć naukę w szkole z rówieśnikami. W tym czasie poznaje tajemniczego Deana Holdera, który przeraża ją, irytuje, ale również pociąga swoją tajemniczością i buntowniczym charakterem. 

Bardzo trudno było mi wciągnąć się w tę książkę. Zaczynała się jak każda tego typu lektura, była przewidywalna i względnie przeciętna, choć każdy wokół zachwalał autorkę pod niebiosa. Akcja nie brnęła szybko do przodu, a kluczowych wydarzeń nie było w tej historii zbyt wiele. Jednak książkę czytało mi się dość szybko i przyjemnie.

Sky i Holder byli dla mnie bohaterami, jakich wiele. Już zwłaszcza Holder. Był po prostu typową postacią, złym charakterem, za którym szalały dziewczyny, a który zwracał uwagę tylko na tę jedyną, przeciętną i o dziwo - główną bohaterkę. Ciekawił mnie wątek przyjaciółki Sky, jednak w samej książce było o niej zbyt mało powiedziane. O samej Six można by było napisać osobną książkę i momentami miałam wrażenie, że byłaby ona o stokroć ciekawsza od aktualnie recenzowanej. Miłość bohaterów autorka wysunęła na pierwszy plan. Tak, Hopeless mimo bólu i trudnych decyzji oraz wspomnień, które ranią, było historią cukierkowego uczucia. Opisy pocałunków, przytuleń, dotyków przodowały na każdej stronie. Może i były dopracowane, dopieszczone i opisane w najdrobniejszym szczególe, ale było ich tutaj o wiele za dużo jak na tak krótką książeczkę. Wyszedł z tego przesłodzony i mdły romans, a szkoda, bo wystarczyło się po prostu nieco ograniczyć i oszczędzić czytelnikowi tych opisów nieco tu i tam.

Podobał mi się jednak pomysł tytułu i motyw samego Hopeless, pojawiający się już na pierwszych stronach i dokładnie opisany na kolejnych. Tytuł przecież nie bierze się znikąd, a dawno nie spotkałam tak idealnego i ciekawego połączenia tytułu z fabułą jak tutaj, także za to wielki plus.

Colleen Hoover po przeczytaniu Hopeless nie stała się jednak moją ulubioną pisarką, a i sama książka nie znalazła się wśród tych najlepszych. Choć czytało się ją szybko, a jej lektura wzbudzała we mnie wiele uczuć, nawet tych pozytywnych, w ostateczności zakwalifikowała się do historii przeciętnych, do których nie będę miała ochoty więcej wracać. 

Nie polecam Wam tej pozycji, jako pierwszej do przeczytania pióra Hoover, bo niepotrzebnie się zniechęcicie do reszty. Dla fanów pisarki Hopeless jest obowiązkowe, choć uważam, że ocena tej książki jest zdecydowania wygórowana.

Moja ocena: 5/10

Colleen Hoover, Hopeless, Otwarte, Kraków 2014, s. 424

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
PRZECZYTAM TYLE, ILE MAM WZROSTU (2,2 cm)

piątek, 8 maja 2015

108. Rebecca Donovan - Powód by oddychać

Emocjonalny, intensywny i chwytający za serce... Czy taki naprawdę był pierwszy tom trylogii Oddechy? Przekonajmy się sami.

Emma - jedna z niewielu licealistek, którą naprawdę obchodzą wyniki w nauce i naprawdę nie interesują zdania znajomych. Wśród wszystkich uczniów ma tylko jedną przyjaciółkę, a na całym świecie miejsce, które z pozoru wygląda jak dom, ale wcale nim nie jest. Każdego dnia dziewczyna zastanawia się, co tym razem ją tam spotka i każdego dnia odlicza czas pozostały jej do wyprowadzki na studia. Czy Sara i nowopoznany chłopak Evan pomogą jej przetrwać katorgę?

Chwytając tę powieść do ręki, nie spodziewałam się akurat takiej historii. Zamiast tej emocjonalnej i chwytającej za serce, dostałam typową młodzieżówkę o dziewczynie, której życie nie składa kwiatów pod nogi. Jednakże Powód by oddychać ma w sobie coś, co naprawdę sprawia, że lektura jest przyjemna, a po jej zakończeniu przez najbliższe kilka dni ma się kaca książkowego. 

Nie mogę przyznać, że pokochałam bohaterów całym swoim sercem, bo wcale tak nie jest. Polubiłam po prostu historię i świat, jaki wykreowała czytelnikom autorka. Czytając jednak, nie czułam jakiegoś "wow", jakie doznaje się przy rewelacyjnych książkach. Ona była po prostu dobra, ale niczym nie odróżniała się od reszty. Emma i Evan - dwójka osób, które wśród przeciwności losu, stara się skupić na miłości. No i Sara - typowa amerykańska dziewczyna, gwiazda szkoły - nieco mnie irytowała, ale uwielbiałam wątki z jej udziałem.

Znalazłam jednak rzecz, której po prostu nie mogłam znieść podczas lektury. Czułam bowiem, że wszystkie wydarzenia nie są realne. Już nie chodzi o sytuację Emmy w domu z niekochanymi opiekunami (nie myślcie, że żyję w jakiejś bańce i nie zdaje sobie sprawy, że takie rzeczy dzieją się naprawdę wielu domostwach). Chodzi mi głównie o sytuację w szkole. Wydaje mi się, że skoro główna bohaterka tak się izolowała, to w takiej prawdziwej amerykańskiej szkole większość uczniów powinna ją po prostu wyśmiewać. Tutaj jednak było inaczej. Licealiści byli nią po prostu zainteresowani, a co najlepsze - duże grono ich zwyczajnie Emmę lubiło. Dziwne, nie prawda?

Ogromnie trudno pisało mi się tę recenzję, bo Powód by oddychać był dla mnie książką pełną sprzeczności. Była ona zwyczajna, ale jednak miała coś w sobie. Może w drugim tomie odkryję, co to było takiego i dlatego bardzo się cieszę, że zakupiłam z pierwszym od razu ten drugi. Polecam ją tym, którzy szukają przyjemnej i lekkiej lektury na wiosenno-letnie wieczory. A po takim zakończeniu, jakie zaserwowała nam autorka, uwierzcie, że będziecie chcieli więcej! Więc doradzam od razu zakupić kontynuację.

Moja ocena: 7/10

Rebecca Donovan, Powód by oddychać, Feeria, Łódź 2015, s. 493

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
PRZECZYTAM TYLE, ILE MAM WZROSTU

sobota, 4 października 2014

098. Stephen Chbosky - Charlie

Rzadko kiedy sięgam po powieści epistolarne. Bardzo lubię książki w formie listownej, aczkolwiek tych, które by szczególnie mnie ciekawiły, jest naprawdę mało. Charlie od dawien dawna był w moich planach czytelniczych, które w końcu z powodzeniem zrealizowałam. 

Bohaterem i jednocześnie autorem listów jest Charlie. Nastolatek, który z pozoru jest podobny do każdego z nas. Chodzi do szkoły i bardzo dobrze się uczy, ma rodzinę, przyjaciół, ale w końcu i nastoletnie problemy. Jego najlepszy kumpel popełnia samobójstwo, w szkole nie jest popularny, a na domiar złego rodzina niezbyt się nim interesuje. Trafia jednak na osoby, które zmienią go i nauczą korzystać z życia.

Charlie jest dość specyficzną powieścią. Czytając ją, głęboko współczułam, ale również rozumiałam głównego bohatera. To historia niezwykle emocjonalna i wzruszająca. Wierzcie mi, że Charlie chwyta za serce.

Jednak nie dało się ukryć kilku mankamentów. Zacznę od oczywistego, czyli okładki. Ani ta filmowa, ani ta pokazana wyżej, niczym szczególnym się nie wyróżniają. Krótko mówiąc - są byle jakie. Szata graficzna aż krzyczy, a czcionka, której wręcz nienawidzę, dodatkowo razi w oczy. W środku jest jednak znacznie lepiej. Ta cieniutka książeczka zawiera sporo treści, dzięki dość małej czcionce. Wadą jest również dość słabe tłumaczenie. Myślę, że odebrałabym tę lekturę znacznie lepiej, gdybym czytała ją w oryginale. Na dodatek, jej początki są nieco nużące. Trzeba się naprawdę mocno skupić, ale na szczęście po kilkunastu stronach czytelnik może przyzwyczaić się do stylu autora.

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Stephen Chbosky wykreował jednocześnie realną, ale z drugiej strony nad wyraz aspołeczną i, nie ukrywając, dziwną postać. Charlie jest jak na nastolatka niezwykle mądry i podobny do wielu z nas. Każdy w końcu czuł się choć raz w życiu samotny czy wyobcowany. Z drugiej jednak strony jego niektóre zachowania zbliżały go do dziwaka, a niekiedy i osoby, która ma, mówiąc kolokwialnie, "nierówno pod sufitem". Charlie faktycznie miał "swój świat i swoje kredki". Sprawą indywidualną jest jednak to, czy czytelnik odbierze jego zachowania na plus czy na minus książce.

Mimo tego, Charlie bardzo mi się spodobał. Jest to książka dobra przede wszystkim dla nastolatków, bo naprawdę pokazuje, jak z reguły wygląda szkolne życie. Historia daje do myślenia. Nie wiem, czy przeczytam ją ponownie, aczkolwiek wiem, że jest jedną z tych, które czytelnik zachowuje w pamięci. Warto choć raz w życiu po nią sięgnąć.

Moja ocena: 7/10

Stephen Chbosky, Charlie, Wydawnictwo Remi, Warszawa 2012. s. 224

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

poniedziałek, 15 września 2014

096. Jakub Ćwiek - Kłamca 2,5. Machinomachia

Jakub Ćwiek  już wielokrotnie potwierdził, że polski pisarz również może tworzyć bestsellery na miarę tych światowych. Seria o Kłamcy jest ich doskonałym przykładem. Tym razem jednak, prócz samej książki, czytelnik dostaje grę o zabawnej nazwie Kłamcianka towarzyska. To zdecydowanie coś, czego w Polsce jeszcze nie było.

Kłamca 2,5. Machinomachia składa się na dwa krótkie opowiadania oraz tytułową nowelkę. Wszystkie trzy fabularnie osadzone są w świecie Kłamcy. Posiadacz książki przeczyta o historii z indiańskim bóstwem, pozna Lokiego jako swata anioła i śmiertelniczki, a także odwiedzi go w Tokio, gdzie bohater będzie próbował poradzić sobie z pewnym planem.

Tytułowe, najdłuższe opowiadanie jest mistrzowskie, aczkolwiek nie ukrywam, że to w drugim - Swacie - odnalazłam to, na co tak czekałam. Pełne akcji i przemocy, humoru typowego dla głównego bohatera. Nie zabraknie więc ciętego języka, arogancji i cynizmu oraz seksu. Jednak nie liczcie na za wiele, bo Jakub Ćwiek zna umiar. Pod kurtyną trudnego charakteru Lokiego, dostrzeżemy także niebywałą inteligencję i spryt. Nordyckiego boga po prostu nie da się nie lubić.

Pisarz serwuje czytelnikowi bardzo dobry zbiór opowiadań. Wszystko się w nim zgadza, dopieszczony jest niemal każdy wątek. Niezbyt wzniosły język pozostaje poprawny. Jednak z treści nie wyniesie się właściwie żadnego przekazu, więc jeśli na to liczycie, niechybnie się zawiedziecie. Machinomachia bowiem to przede wszystkim akcja, krew i perfekcyjna ironia, którą odnajdziecie tutaj we właściwie każdym zakamarku.

Dodatkiem do książki jest Kłamcianka Towarzyska. Gra karciana, choć na pozór nieco skomplikowana, okazuje się być  dość prostą. Instrukcja, zamieszczona na ostatnich stronach, wszystko zgrabnie i obrazowo wyjaśnia. Nie ma co prawda określonej liczby graczy, ale im ich więcej, tym będzie zabawniej!

Ćwiek powrócił w dobrym stylu, a jedynym mankamentem książki jest jej objętość. Te trzy opowiadania to zdecydowanie zbyt mało. Jednak fantastyczna gra pozwala nacieszyć się światem Kłamcy jeszcze długo po zakończeniu lektury.

Kłamca 2,5. Machinomachia jest przyjemnym przypomnieniem postaci Lokiego. Jednakże pozostaje tylko tym, bo owy zbiór jest pozycją dobrą na zaledwie jeden wieczór. Miejmy jednak nadzieję, że ta książka jest zapowiedzią  następnych historii o Kłamcy, bo jednak po zakończeniu Machinomachii można odczuć pewien niedosyt.

Moja ocena: 7/10

Jakub Ćwiek, Kłamca 2,5. Machinomachia, Wydawnictwo SQN, Kraków 2014. s. 192

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN:

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

wtorek, 9 września 2014

095. Kady Cross - Dziewczyna w stalowym gorsecie

Epoka wiktoriańska wraz z X-Menami? Lubię historie traktujące o tych czasach, natomiast bajką o X-Menach zachwycałam się w dzieciństwie, podobnie zresztą jak teraz uwielbiam filmy z tej serii. Więc dlaczego by nie chwycić po książkę? W dodatku ta wpadająca niemal od razu w oko okładka, a wierzcie mi, że oprawa graficzna jest dla mnie bardzo ważna.

Główną bohaterką jest szesnastoletnia Finley, która po raz kolejny traci pracę za sprawą swoich tajemniczych, przeklętych zdolności. Jest urodziwą młodą dziewczyną, a przez to wabi do siebie mężczyzn. Gdy opisywanej nocy powala wielbiciela jednym ciosem, ucieka, a chwilę później trafia na przystojnego Griffina, który również skrywa mroczną tajemnicę...

Żadna osoba nie była zupełnie dobra czy zupełnie zła-jedna część nie mogła istnieć bez drugiej.

Zacznijmy jednak od tego, że podchodziłam do tej książki aż trzy razy. Za pierwszym przeczytałam około piętnastu stron, drugie podejście również nie było zbyt owocne. Za trzecim razem w końcu dałam jej szansę i przeczytałam w całości Dziewczynę w stalowym gorsecie, ale nadal zastanawiam się, czy nie lepiej było zakończyć moją przygodę z nią, jeszcze zanim ona się tak właściwie rozpoczęła.

Za sam pomysł autorce można postawić ogromnego plusa. I zrobiłabym to z ogromną chęcią, jeśliby oczywiście pisarka poradziła sobie z historią. To, że była ona nudna i przewidywalna jest oczywiste. Ta opowieść była wręcz infantylna i tak banalnie prosta, że aż boli. Bohaterowie również nie przyciągają uwagi czytelnika. Samo przez siebie mówi to, że miałam ogromny problem z zapamiętaniem ich imion. Gdy w końcu mi się to udało, książka się skończyła, a i one szybko wyparowały mi z głowy. Finley irytowała mnie na każdym kroku swoją głupotą i sztuczną słabością. Griffin, bohater, którego powinnam uwielbiać - arogancki, ale bardzo przystojny - tutaj w ogóle nie przypadł mi do gustu. O całej reszcie aż szkoda wspominać.

Na ludzkie serce nie było ceny.

Jedyne, do czego nie mogę się przyczepić to język. Pasował idealnie do młodzieżówek - ani nie zbyt ambitny, ani nie też zbyt prosty. Choć strasznie irytowały mnie zabiegi autorki. Gdy już zaczęła pewne sytuacje i bohaterów porównywać do innych postaci literackich, to przez dobre pół książki robiła to notorycznie.

Żałuję bardzo, że Kady Cross nie udało przenieść się mnie do czasów wiktoriańskiej Anglii. Żałuję również, że przynajmniej w połowie nie zachwyciła mnie tak swoim tworem, jak zachwycają mnie X-Meni. Być może pomysł był oryginalny, ale wyraźnie widać, że pisarka nie udźwignęła postawionemu sobie zadaniu. 

Nie powiem, by książka była aż tak zła. Po prostu nic nie wniosła do mojego życia. Nie zapadła mi w pamięci. Co prawda, nie była aż tak słaba, bym przerwała czytanie (bo jednak dotrwałam do końca!), ale jednak na tyle nudna i banalna, bym nie miała ochoty na kontynuacje. I Wam również ją odradzam. A już na pewno odradzam jej kupno, bo sama żałowałabym wydanych pieniędzy na Dziewczynę w stalowym gorsecie.

Moja ocena: 3/10

Kady Cross, Dziewczyna w stalowym gorsecie (ang. The girl in the steel corset), wyd. Fabryka Słów, Lublin 2013. s. 400

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 23 sierpnia 2014

092. E. L. James - Ciemniejsza strona Greya, Nowe oblicze Greya

Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek w swoim życiu skończę trylogię Pięćdziesięciu odcieni. Pierwszy tom okazał się porażką i trafił do grona najgorszych książek, jakie przeczytałam w 2013 roku. Mam nadzieję, że chociaż zbliżająca się ekranizacja będzie o niebo od niego lepsza. Ostatnio jednak przyjaciółka zachęciła mnie do zabrania się za kontynuację, mówiąc że jest o wiele ciekawsza od poprzednika. Cóż więc miałam zrobić, jak nie przekonać się na własnej skórze, czy faktycznie tak jest?

Po dramatycznym rozstaniu, Ana i Christian próbują rozpocząć nowe życie. Nie mija jednak tydzień i kochankowie znów do siebie wracają. Miliarder proponuje młodej dziewczynie zupełnie nowy układ i postara się dla niej zmienić. Co jednak przyniesie przyszłość? Zwłaszcza, że ich życiu zagraża niebezpieczeństwo. Czy Ana poradzi sobie z ciemną przeszłością Greya? Czy Christian zaakceptuje samego siebie?

Nas. Magiczne połączenie, krótki, sugestywny zaimek przypieczętowujący umowę.

Jak już wcześniej wspomniałam, 50 twarzy Greya było porażką. Ciągłe powtórzenia, błahość i koszmarne pióro autorki skutecznie zniechęciło mnie do kolejnych dwóch części. Dlatego od Ciemniejszej strony Greya i Nowego oblicza Greya nie wymagałam zbyt wiele. Nie byłabym zaskoczona, gdyby były równie słabe co poprzedniczka. A spotkała mnie miła niespodzianka!

Przede wszystkim bardzo cieszę się, że E.L. James popracowała nad swoim stylem. Książki czytało mi się niezwykle przyjemnie i postrzegałam je jako nieco bardziej ambitnie (co prawda to nie klasyka, ale nie również zwykła powiastka o BDSM). Przypadło mi do gustu wprowadzenie i rozszerzenie co po niektórych wątków. Dzięki temu bliżej możemy poznać rodzinę Any i Christiana, a także pracowników biznesmena, jak chociażby Taylora. Tak więc pisarka nie skupiała się tylko na głównych bohaterach, chociaż i nad nimi popracowała! Grey i Steele bardzo się zmienili na łamach powieści, zwłaszcza ten pierwszy. Czytelnik ma okazję poznać szczegóły jego strasznej przeszłości i zajrzeć w głąb jego duszy. A wierzcie mi, że jest w co zaglądać! Mężczyzna jednak przyćmił nieco Anę, choć i jej zachowanie się zmieniło. Stała się odważniejsza i pewniejsza siebie, a także emanowała z niej wielka siła. Jej niektóre zachowania co prawda pozostały irytujące i chyba nigdy nie polubię tej kobiety, ale przynajmniej nie odrzucała mnie od siebie, jak to było w pierwszej części.

- Wszystko.
Ile obietnic można wlać do jednego słowa?

Poza tym ciekawym zabiegiem było również wprowadzenie nutki kryminału w Nowym obliczu Greya. Był on oczywiście bardzo przewidywalny, aczkolwiek okazał się ciekawą odskocznią od seksu, kontroli i, o dziwo, wszechobecnej miłości.

Ale żeby nie było tak kolorowo, dwa tomy trylogii mają również swoje minusy. Chyba nigdy nie zrozumiem idei „wewnętrznej bogini”. Wydaje mi się, że miało to na celu rozładować atmosferę, być humorystyczne i rozbawić czytelnika. Ja jednak kręciłam z politowaniem głową. Nieco denerwowała mnie postać Mii – siostry Christiana, choć z drugiej strony cieszę się, że autorka co nieco nam o niej opowiedziała.

Myślę, że można się wściekać tak naprawdę tylko na tych, których się kocha.

Obydwie książki są lekkie i przyjemne, choć momentami do bólu przewidywalne. Wiedziałam, w jaki sposób zakończy się historia Any i Christiana, ale skrycie liczyłam, że pisarka nieco nas zaskoczy. Niestety rozczarowałam się na tym polu. To literatura erotyczna, ale myślę, że zostały napisane pikantniejsze książki, aczkolwiek i tą można czytać z wypiekami na policzkach.

Zarówno Ciemniejsza strona Greya, jak i Nowe oblicze Greya okazały się dowodem na to, że niekoniecznie po pierwszej części warto zniechęcać się do sięgnięcia po kontynuację. Tak więc polecam Wam kontynuacje, bo E.L. James naprawdę poprawiła swoje pióro. Nie są to powieści najwyższych lotów, ale zdecydowanie można przy nich spędzić miło czas.

Moja ocena: 7/10

E.L. James, Ciemniejsza strona Greya (ang. Fifty Shades Darker), wyd. Sonia Draga, Katowice 2012. s. 632
E.L. James, Nowe oblicze Greya (ang. Fifty Shades Freed), wyd. Sonia Draga, Katowice 2013. s. 688

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 16 sierpnia 2014

091. Markus Zusak - Złodziejka książek

Pamiętam, że nigdy jakoś szczególnie nie ciągnęło mnie do przeczytania Złodziejki książek. Nie żebym nie lubiła tego typu literatury. Poniekąd opowiada o wojnie, a uwielbiam czytać o II wojnie światowej. Zawsze jednak wybierałam coś innego, a tej pozycji nawet nie miałam w planach na tegoroczne wakacje. A potem ją chwyciłam… I przepadłam.

1939 rok. Umiera brat tytułowej bohaterki – Liesel i to na jego pogrzebie dziewczynka kradnie swoją pierwszą w życiu książkę. Następnie poznaje swoich nowych rodziców i z przybranym ojcem poznaje litery, słowa i uczy się czytać. Jednak ukradnie nie tylko Podręcznik Grabarza. W świecie, który staje się coraz bardziej niebezpieczny, przyjdzie kolej na następne książki. Nawet te zrobione własnoręcznie przez Żyda Maxa ukrywającego się w piwnicy w domu dziewczynki…

Drobna uwaga. Na pewno umrzecie.

Wszyscy zachwalają Złodziejkę książek, świat oszalał wręcz na jej punkcie podobnie jak na punkcie Gwiazd naszych wina Johna Greena. Ale Złodziejka książek to zupełnie inna lektura, choć równie cudowna. Podchodziłam do niej nieco sceptycznie, właściwie nie wiedziałam czego oczekiwać. Z początku uważałam ją za nieco dziwną, choć była po prostu oryginalna. Jednak już wtedy wiedziałam, że będzie to niezapomniana przygoda.

Tym razem narratorem jest nie kto inny, a śmierć. Już umieszczenie w roli narratora właśnie śmierci jest według mnie mistrzowskim posunięciem autora. Myślę, że Markus Zusak pokazał siebie od najlepszej strony. Pokazał co potrafi, jak dobrze umie pisać i jakie oryginalne historie tworzyć. Wydawałoby się, że do świata wojny nie można dodać już niczego nowego. Powstało mnóstwo wzruszających opowieści o tych czasach i z tych czasów oraz naukowych opracowań, a tutaj proszę. Mamy historię opowiadaną z zaświatów. Mamy nieświadomą dziewczynkę i jej przyjaciela Rudego, przybranych rodziców i Żyda w ich piwnicy. I choć w tej książce nie ma na każdym kroku przedstawianych wojennych obrazów, to jednak czytając ją, można wyczuć strach, ból i cierpienie, niepewność przyszłości, ale także radość z najmniejszych drobiazgów, jak chociażby nowa książka.

Zabił się, bo kochał życie.

Jednak nie Liesel jest w tej historii moją faworytką. Nawet nie śmierć, która została przedstawiona w jakiś nieszczególnie przerażający sposób. Właściwie można by ją uznać za człowieka. W Złodziejce książek zakochałam się w przybranych rodzicach dziewczynki. Hans i Rosa byli wręcz komiczni. Ich zachowanie przyprawiało o wybuch śmiechu, gdziekolwiek się tylko pojawiali. Czuły, pozwalający na wszystko papa i sroga mama, której aż strach się bać. Ale w tym wszystkim kryła się wielka miłość. I za to daję Zusakowi również ogromnego plusa.

Co do całości miałam jednak jedno małe zastrzeżenie. Osobiście bardzo nie pasowało mi, gdy narrator z wyprzedzeniem zdradzał przyszłe wydarzenia. Przez to właściwie już na początku lektury znałam jej zakończenie. Fakt, było to coś nowego, bo ta książka nie jest przewidywalna. Więc nie mylcie tego z przewidywalnością. Po prostu czytelnik miał wyraźnie napisane, co się za chwilę wydarzy. A myślę, że bez tego można by się było obyć.

Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie.

Złodziejka książek jest powieścią traktującą o strasznych czasach, gdzie na każdym kroku czyha na człowieka śmierć. Pozostaje jednak lekka i momentami bardzo humorystyczna. Prócz mojego jednego zastrzeżenia właściwie nie mam do niej innych uwag. Jest wzruszająca i bardzo mądra. A sam Markus Zusak zasługuje na ogromną pochwałę i dołącza do grona moich ulubionych pisarzy.

Moja ocena: 9/10

Markus Zusak, Złodziejka książek (ang. The Book Thief), wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2005. s. 496.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 9 sierpnia 2014

090. Stephanie Perkins - Anna i pocałunek w Paryżu

Nigdy bym nie pomyślała, że tego lata zapragnę czytania takich książek jak Anna i pocałunek w Paryżu. Nigdy też nie pomyślałabym, że w takich oto książkach – lekkich i niewymagających – znajdę coś naprawdę wartościowego (prócz przyjemności z czytania oczywiście!).

Anna jest nastolatką, którą ojciec pewnego dnia wysyła na inny kontynent, do nowej szkoły, bez przyjaciół czy rodziny. Odtąd uczęszczać ma do Amerykańskiej Szkoły w Paryżu, nie znając przy tym ani krztyny języka francuskiego i nigdy nie mając do czynienia z Francją ani Francuzami. Dziewczyna zamieszka w internacie, zawrze nowe przyjaźnie, a także pozna kilku wrogów… Jedno jest jednak  pewne – nudy tutaj nie zaznacie!

Kocham cię tak, jak się kocha pewne ciemne rzeczy, potajemnie, w zasnutych mgłą zakamarkach duszy.

To historia wręcz idealna na upalne, letnie dni, kiedy człowiekowi zmęczonemu po pracy nic więcej się nie chce, niż tylko zasiąść na balkonie z mrożoną kawą i lekką lekturą na kolanach. W Annie i pocałunku w Paryżu znalazłam wszystko, co kojarzy się właśnie z taką książką. Mnóstwo humoru i ciekawą historię, uroki Paryża, a skoro Paryż to również mnóstwo miłości. Ale nie tylko. W tej książce znajdziecie również opowieść o sile prawdziwej przyjaźni, a także potwierdzenie na to, że nie zawsze nastoletnie życie jest pełne kolorów. Mimo tych wielu plusów, autorkę jednak najbardziej cenię za jedno zdanie, które zapadło mi w pamięci. Jest piękne, choć tak bardzo oczywiste: Dla nas obojga dom to nie miejsce, a ludzie. 

Pozycja ma również kilka wad. Mianowicie – przewidywalność. Cały czas wiedziałam jak historia potoczy się dalej, znałam zakończenie, choć o bohaterze, z którego udziałem ono było, przeczytałam po raz pierwszy zaledwie kilka zdań wcześniej. Zawiódł mnie również charakter szkoły. Choć jest amerykańska, miałam nadzieję znaleźć w niej urok Francji i Paryża, w którym się znajdowała. Jednak to nadal pozostałą typowa amerykańska szkoła, gdzie są wyżsi i niżsi rangą, gdzie przyjaciele trzymają się w grupkach i gdzie na korytarzach spotkać można prawdziwą zołzę, która uprzykrzy życie każdemu, kto nadepnie jej na odcisk. Ale w końcu to Paryż, a wydarzenia nie działy się tylko w budynku szkolnym. To na jego ulicach i w paryskich kinach (a Anna kino uwielbia) odnalazłam ten francuski czar. Choć nadal nie przepadam się za Francją, to dzięki tej książce zapragnęłam choć na chwilę znaleźć się w jej stolicy i zobaczyć wszystko, czym zachwycali się bohaterowie i o czym pisała autorka.

Tak, jak jest, jest okej. Jest dobrze, nawet jeśli nasza przyjaźń nie przeobrazi się w coś więcej. Choćby dlatego, że ta przyjaźń wzmocniła mnie bardziej niż przyjaźń kogokolwiek innego.

Od Anny i pocałunku w Paryżu mimo wszystko dostałam więcej, niż początkowo wymagałam, za co bardzo dziękuję fenomenalnej Stephanie Perkins. Nie spodziewałam się, że w takiej lekturze odnajdę coś, co zapadnie na dłużej w mojej pamięci, a tym bardziej nie spodziewałam się, że w ogóle odnajdę coś godnego mojej uwagi. Historia o nastolatce w ASP nadal pozostaje książką dla czytelników w wieku głównej bohaterki, w ogóle dla osób nadal uczęszczających do szkoły. Dorośli czytelnicy mogą się nieco zanudzić, choć nigdy nie mów nigdy, bo kto nie pragnie cofnąć się do szkolnych czasów?

Moja ocena: 8/10

Stephanie Perkins, Anna i pocałunek w Paryżu (ang. Anna and the French Kiss), wyd. Amber, Warszawa 2013. s. 368

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 30 lipca 2014

088. John Green - 19 razy Katherine

Po przeczytaniu Gwiazd naszych wina, miałam chęć sięgnąć jednocześnie po wszystkie książki Johna Greena. Padło na tę najnowszą, 19 razy Katherine.

Książka opowiada historię Colina Singletona, który w przeciągu wszystkich swoich szkolnych lat zdążył związać się z aż dziewiętnastoma dziewczynami o imieniu Katherine. Nie tylko z tego względu nastolatek ten jest wyjątkowy. To cudowne dziecko, które zna perfekcyjnie kilkanaście obcych języków, nałogowo czyta i uczy się, a w ostatnim czasie tworzy "Teoremat" - wzór, który pozwoli mu przewidzieć, jak potoczy się konkretny związek. Jednocześnie razem z przyjacielem Hassanem wyrusza w podróż, pozna nowych ludzi i przeżyje nowe przygody...

Można kochać kogoś tak bardzo, ale nigdy nikogo nie kocha się tak bardzo, jak bardzo się za nim tęskni.

Mówiąc szczerze, przez przynajmniej pierwszą połowę książki, byłam bardzo rozczarowana. W akcji wiało nudą, a dialogi były albo błahe, albo po prostu banalne. Irytowała mnie postać Hassana i czasem nawet głównego bohatera - Colina. Przeszkadzało mi to, w jak łatwy, wręcz nierealny, sposób ich rodzice zgodzili się na tak daleką, nieprzemyślaną i niezaplanowaną podróż.  Opisy również były długie, skomplikowane i niekiedy zupełnie niepotrzebne. Na szczęście w drugiej połowie książki powrócił ten John Green, którego pokochałam za fantastyczną Gwiazd naszych winę.

Opisywana historia była nieco chaotyczna, ale przede wszystkim bardzo nieprawdopodobna. Bo kto w tak krótkim czasie może poznać tyle dziewcząt o takim samym imieniu? Kto ma tak oddanego przyjaciela, który wyruszy z nim donikąd? Kogo pod dach przygarnie obca osoba lub kto pozwoli zamieszkać w swoim domu komuś zupełnie obcemu? Jaki nastolatek, choćby nie wiadomo jak niezwykły, podejmie się stworzenia wzoru na przebieg związku? W normalnym życiu takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień... A żeby tego było mało, historia Colina była wielce przewidywalna!  Na szczęście doskonałe wręcz pióro autora nadrobiło tę przewidywalność, ale mimo wszystko chyba wolę zwroty akcji, jakiekolwiek zaskoczenie w zakończeniu. Tutaj nie dostałam żadnej z tych rzeczy.

Nie pamiętamy tego, co się stało. To, co pamiętamy, staje się tym, co się wydarzyło.

Odstraszyć od lektury mogły również liczne wzory funkcji i ich wykresy. Bo matematyki jest tutaj dość sporo! Ale wszystko zostało zgrabnie i w przystępny sposób wyjaśnione. Ilość przypisów powalała na kolana, a na końcu czytelnik mógł nawet znaleźć aneks, w którym matematyk Daniel Biss jeszcze raz przedstawił cały "Teoremat", a zrobił to w tak prosty i humorystyczny sposób, że aż chciało się czytać o wszystkich wzorach. Wydawało by się niemożliwe, a jednak - matematyka potrafi być przyjemna.

Jednakże 19 razy Katherine pozostaje wciąż piękną powieścią nie tylko dla młodzieży. Pokazuje, że człowiek nie może się poddawać i że warto dążyć do spełnienia postawionych sobie celów (choć nie zawsze droga wiedzie z górki). Mówi o tym, jak ważna jest nie tylko miłość, ale też prawdziwa przyjaźń w życiu młodych ludzi, o czym wielu pisarzy zapomina, skupiając się na love story. Przedstawia bohaterów, którzy na łamach przeczytanych stron ewoluują. Co najważniejsze, zmieniają się również ci drugoplanowi, a to duży plus! 

Przeszłość to logiczna opowieść. A ponieważ przyszłość nie jest zapamiętana, wcale nie musi mieć żadnego pierdzielonego sensu.

Żałuję, że tak liczne minusy musiały znaleźć się w książce akurat tego pisarza. Żałuję, że dominują na przodzie lektury, przez co zniechęcają do czytania dalszego ciągu. A wierzcie mi, że warto! Mimo nieciekawego, słabego początku, lektura 19 razy Katherine była wspaniała. Pełna humoru, czasem ironii i sarkazmu, który bawił jeszcze bardziej. Pełna szczęścia, ale także bólu, który sprawiał, że łzy napływały do oczu. To taka dawka niemal każdej emocji w pigułce. Coś nieprawdopodobnego.

Moja ocena: 7/10

John Green, 19 razy Katherine (ang. An Abundance of Katherine), wyd. Bukowy Las, Wrocław 2014. s. 304

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 16 lipca 2014

087. Consilia Maria Lakotta - Madeleine

Madeleine to kolejna z serii tych książek, po które zapewne nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie współpraca z Wydawnictwem M. Gdy przeglądałam jego ofertę, tę powieść wybrałam jako pierwszą. Cudowna okładka, zachęcający opis i niesamowita postać autorki... Długo nie trzeba się było zastanawiać.

Główną bohaterką jest tytułowa Madeleine, studentka farmacji, w dzieciństwie osierocona przez matkę, a aktualnie do granic możliwości zakochana w Helierze. Wydawałoby się, że nic nie może przeszkodzić ich miłości... Jednakże na drodze staje kuzynka Yvonne - niezwykle urodziwa, ale podstępna i cyniczna kobieta, która za cel postawia sobie odbicie ukochanego Madeleine.

- Przez ten czas poznaliśmy się jak stare dobre małżeństwo.
- Moje serce, i tak stwierdzimy, że brakuje nam jeszcze kolejnych stu lat, aby się poznać do końca. Taka dziwna jest miłość.

Wydawałoby się, że do tak schematowej historii nie można dodać nic nowego. Mimo to Madeleine to książka wyjątkowa. Consilia Maria Lakotta stworzyła cudowne dzieło, które niestety dopiero po latach doczekało się wydania w Polsce. 

Bardzo trudno było mi określić czas, w jakim toczą się wydarzenia. Z początku sytuowałam je w XIX wieku, może początek XX. Jednak nie było wtedy ani metra, ani cintroenów, tak więc z pewnością akcja dzieje się we współczesności. Dlaczego więc XIX wiek? Mianowicie, portret psychologiczny bohaterów, ich zachowanie czy odnoszenie się względem siebie, idealnie wskazywały na te czasy. Ich duma, czy poczucie lojalności i odpowiedzialności za nie swoje winy sprawiały, że Madeleine, Helier oraz wszystkie postacie drugoplanowe po prostu nie mogą istnieć w dzisiejszych czasach. Nie pasują do nich, a przez to wydają się trochę nazbyt nierealni. 

Miłość to niebezpieczna infekcja serca.

Należy zaznaczyć, że ta historia, jak zresztą wszystkie tego typu, jest dość przewidywalna. Po przeczytaniu opisu książki, choć nawet jej jeszcze nie otworzyłam, już mogłam domyślić się zakończenia. Nie przeszkadza to jednak w czerpaniu przyjemności z czytania. Styl pisarki jest po prostu piękny. Nie umiem inaczej go określić, bo zwyczajnie brak mi słów na to, jaki jest cudowny. 

Aczkolwiek muszę przyznać, że Madeleine czytało mi się dość wolno i opornie. Niby to tylko 250 stron romansu, który pozornie nie wymaga wiele od czytelnika, to jednak musiałam się bardzo skupić, by nic mi nie uciekło. Zwykle tyle stron czytałam maksymalnie dwa dni, tutaj musiałam poświęcić na książkę dwa tygodnie, także mówi to samo za siebie.

Ale w żadnym wypadku to nie jest zła książka! Madeleine jest po prostu oryginalna i wyjątkowa, jeśli chodzi o swój gatunek. Choć przewidywalna, styl autorki sprawia, że jest cudowna. Polecam wszystkim fanom dobrych romansów. Chociaż nie jest to lekka książka, czyta się ją naprawdę bardzo przyjemnie.

Moja ocena: 6/10

Consilia Maria Lakotta, Madeleine, Wydawnictwo M, Kraków 2014. s. 259

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu M:

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 9 lipca 2014

085. John Green - Gwiazd naszych wina

O Gwiazd naszych wina,  w ogóle o autorze takim jak John Green, usłyszałam kilka miesięcy temu. Jeszcze zanim obejrzałam trailer ekranizacji, już wiedziałam, że najpierw koniecznie będzie trzeba przeczytać książkę. Zaczęłam więc zapoznawać się, ze sporą ilością opinii na jej temat i byłam zachwycona, ale w końcu jednak książki nie zamówiłam. Krótko przed 6 czerwca znów sobie o niej przypomniałam i powiedziałam, że nie obejrzę filmu, dopóki nie przeczytam książki. Niedawno tak właśnie się stało.

To historia szesnastoletniej Hazel, chorującej na nowotwór tarczycy z przerzutami do płuc. Z powodu raka chodzi ona na grupę wsparcia, gdzie spotykają się i rozmawiają ludzie, którzy również mają postawioną śmiertelną diagnozę. Tam poznaje beznogiego Augusta, dzięki któremu nastolatka przeżyje swoją krótką wieczność...  

Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń.

Należy przede wszystkim przyznać, że John Green to pisarz, który tworzy prawdziwe, wzruszające historie, używając do tego naprawdę lekkiego pióra. Bo Gwiazd naszych wina czyta się bardzo szybko, a przekaz i ogromną dawkę emocji, jakie w sobie niesie książka, są naprawdę potwornie duże.

To nie jest zwykła historia nastoletniej miłości, która ma przetrwać wieki. Tutaj dni są policzone i dopóki szybko nie wykorzysta się daru od losu, można stracić wszystko. Takie właśnie jest uczucie Hazel i Gusa. Krótkie, wręcz przelotne i z góry skazane na porażkę, ale dzięki temu silne i prawdziwe. Ich miłość jest niezwykła, choć realna. I za to właśnie pragnę podziękować autorowi - za tę realność. Bo stworzył on coś, co może się wydarzyć na co dzień w dzisiejszym świecie, co może przydarzyć się każdemu z nas. Nie ubarwia i nie koloryzuje, a wszystko opisuje z taką dosłownością... Po prostu pisze od rzeczy. A przy całej powadze sytuacji perfekcyjnie używa humoru. Aż nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Ślady, które ludzie pozostawiają po sobie, zbyt często są bliznami.

Wiem, że mówił to pewnie już niejednokrotnie każdy bloger, ale ta książka jest cudowna! Jeszcze nigdy tak bardzo nie wczułam się w lekturę i tak bardzo nie płakałam przy czytaniu kolejnych stron. To już nawet nie chodzi o to, jak potoczyła się historia nastolatków, ale przede wszystkim o to, w jaki sposób została ona zapisana. Każde słowo niosło ze sobą uczucia, a połączone razem w zdania tworzyły wielki przekaz dla czytelników. Bo każdy człowiek zasługuje na szczęście, nawet w najtrudniejszych chwilach. Bo każdy ma prawo przeżyć swoje całe życie, nawet jeśli za rogiem już czyha na niego śmierć. Bo każdy toczy walkę ze swoim życiem i to tylko i wyłącznie od niego zależeć będzie, czy ją wygra. A śmierć w tym wypadku nie będzie przegraną.

Bardzo cieszę się, że przed obejrzeniem filmu, sięgnęłam po książkę. To pozwoliło mi wyobrazić sobie wszystko, przeżyć całe trzysta stron po swojemu. Teraz oczywiście ze spokojem będę mogła poświęcić swój czas ekranizacji, ale już wiem, że nieważne, jak dobra by ona nie była, książka i tak pozostanie najpiękniejsza i najcudowniejsza. 

-Nie zabijają, dopóki ich nie zapalisz - powiedział, kiedy samochód zatrzymał się przy nas. - A ja nigdy żadnego nie zapaliłem. Widzisz, to metafora: trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabijał.

Nie przejmujcie się całym fenomenem Greena i tym, jak bardzo wszyscy go wychwalają. Nie martwcie się, że ludzie ją przeceniają, a w rzeczywistości okaże się ona niewypałem. Bo tak nie będzie. Po prostu weźcie ją do ręki i zaszyjcie się gdzieś na kilka godzin w samotności. Jeśli jednak nie lubicie czytać, obejrzyjcie chociaż film, bo to może on bardziej ode mnie skusi Was do sięgnięcia po lekturę. To dzieło niesamowite! Z czystym sercem mogę nawet powiedzieć, że Gwiazd naszych wina w niczym nie ustępuję najsławniejszym, największym i najpiękniejszym dziełom pisarzy we wszystkich epokach. 

Moja ocena: 10+/10

Green John, Gwiazd naszych wina (ang. The fault in our stars), wyd. Bukowy Las, Wrocław 2014. s. 320

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

czwartek, 26 czerwca 2014

081. Robert Kirkman, Jay Bonansinga - Żywe trupy. Upadek Gubernatora. Część 1

Tytuł: Żywe trupy. Upadek Gubernatora
Tytuł oryginału: The Walking Dead. The Fall of The Governor
Autorzy: Robert Kirkman, Jay Bonansinga
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: The Walking Dead, tom 3
Ilość stron: 340


Po zaskakujących Narodzinach Gubernatora oraz po fantastycznej Drodze do Woodbury, przyszła kolej na wyczekiwaną przeze mnie część pierwszą Upadku Gubernatora. Czy było warto?

Po przybyciu Lilly Caul z towarzyszami do Woodbury, srogie lecz skuteczne rządy Gubernatora Philipa Blake'a przeistaczają się w istną rzeź. Sam Blake staje na rozdrożu - z jednej strony pozostaje krwawym łotrem, z drugiej jednak rozum podpowiada mu, że powinien się opanować. Jaką drogę wybierze? I czy faktycznie doprowadzi go ona do upadku? Odpowiedzi na te pytania serwuje Wam kolejny tom serii The Walking Dead.

Książka nie opowiada tylko o despocie w Woodbury. To również kontynuacja historii Lilly, która z bojaźliwej i kruchej dziewczyny, przeradza się w silną i odważną kobietę. Z początku niechętnie podchodziłam do takiego pomysłu autorów. Miałam bowiem nadzieję, że książka pędzie poświęcona tylko i wyłącznie Gubernatorowi. Jednak po zakończeniu lektury stwierdziłam, że dobrze się stało. Bez wątku Lilly Upadek Gubernatora byłby tylko i wyłącznie pełen przemocy, znęcania, gwałtów oraz krwawych jatek.

Żałuję natomiast, że tak mało uwagi było poświęconych żywym trupom. Zombie bowiem pojawiały się bardzo rzadko i wydawało mi się, że ich kreacja nie była już tak mordercza i bezlitosna jak we wcześniejszych tomach. Brakowało mi ich ataków, a opisy wypadów po prowiant bez tego nie były już tak pełne grozy.

Należy zaznaczyć, że dla osób, które zaznajomiły się z komiksem lub przynajmniej obejrzały wszystkie serie serialu The Walking Dead, wydarzenia opisywane w książce nie będą wielkim zaskoczeniem. Jedyną różnicą był ich punkt widzenia. Prócz tego wydawało mi się, że ich opisy były o wiele bardziej bezlitosne, a czasem wręcz nieludzkie. Czytelnicy w końcu mogą również poznać znajomych bohaterów - Ricka, Glenna i Michonne z kataną, która w szczególności zapadnie w pamięci i niejednokrotnie zaszokuje.

Upadek Gubernatora mimo wszystko nie zawiódł moich oczekiwań. Choć znałam zakończenie, nie spodziewałam się takich zwrotów, zwłaszcza jeśli chodzi o historię Lilly Caul. To lektura pełna brutalności i przelewu krwi. Szkoda tylko, że tak mały udział miały w tym żywe trupy. Czekam z niecierpliwością na kolejną część, choć nieco dziwię się, dlaczego autorzy postanowili rozdzielić ten tom. Nie jest on zbyt obszerny. Z drugiej strony jednak cieszę się, że ta przygoda tak szybko się nie skończyła i nadal jest na co czekać.

Moja ocena: 9/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 21 czerwca 2014

080. Marilynne Robinson - Dom nad jeziorem smutku

Tytuł: Dom nad jeziorem smutku
Tytuł oryginału: Housekeeping
Autor: Marilynne Robinson
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Ilość stron: 212


Niektóre książki są wyjątkowe pod kilkoma względami. Niosą w sobie prawdziwą, realną historię i zawierają ogromną ilość emocji, które wychodzą na jaw przy ich czytaniu. Z pewnością taką pozycją jest Dom nad jeziorem smutku.

Jestem pewna, że nigdy nie chwyciłabym za lekturę tej książki, gdyby nie nowo nawiązana współpraca. Książka jednak od samego początku, zanim jeszcze zaczęłam ją czytać, fascynowała i przyciągała. Gdy tylko listonosz zapukał do moich drzwi, nie czekałam, a od razu zabrałam się za lekturę.

Opowiada ona historię Ruth i jej siostry Lucille. Po tragicznej śmierci matki, dziewczynki trafiają na wychowanie do domu nad jeziorem w Fingerbone, do babci. Gdy ta umiera, opiekę nad dziećmi przejmują dwie siostry zmarłego dziadka. Ostatecznie jednak "władze rodzicielskie" trafiają do ciotki Sylvie - siostry zmarłej matki. 

Książka ma dość intrygujący tytuł, który według mnie doskonale do niej pasuje (o wiele bardziej od oryginalnego Housekeeping). Tytułowe jezioro jest bowiem symbolem smutku, śmierci i straconych nadziei. To w nim zginął zarówno dziadek dziewczynek, jak i odebrała sobie życie ich matka. To również wokół niego dzieje się cała akcja. Bohaterki za młodu spędzają nad jego brzegiem, a zimą również na jego powierzchni, większość swojego wolnego czasu. Dla Ruth jednak jezioro staje się czymś więcej. To metafora wolności i nowego życia, którego smak może poznać dzięki dość dziwnej i ekscentrycznej ciotce.

Książka jest wręcz dogłębnie przesączona smutkiem oraz melancholią, a jedyną odskocznią od nich są komiczne postacie dwóch sióstr dziadka. Ich nieudolność i głupota naprawdę potrafią zabawić czytelnika. W gruncie rzeczy jednak historia młodych bohaterek pozostaje tragiczna. Od dzieciństwa spotykały się ze śmiercią, porzuceniem i myślę, że tęsknotą za prawdziwą rodziną i prawdziwym domem, którego tak naprawdę nigdy nie miały. Wniosek ten nasunął mi się po zakończeniu lektury, po tym jakie rozwiązanie zaserwowała autorka. 

To dla mnie niesamowite, jak wciągająca może być książka, w której na pozór nic się nie dzieje. Opisy dzieciństwa i lat szkolnych z punktu widzenia Ruth nie są pełne zwrotów akcji i interesujących wydarzeń. A jednak, gdy zacznie się czytać Dom nad jeziorem smutku, nie można się od niego oderwać. W głównej mierze dzieje się tak za sprawą tego, jak dobrze zostały skonstruowane portrety bohaterek. Pani Robinson bowiem dość wnikliwie przedstawiła ich charakter i historię.

Kończąc, sądzę, że to książka dla dojrzałych czytelników. Nie jest natomiast wymagającą pozycją, choć pełna symboli i metafor, prowadzi czytelnika do wielu przemyśleń i zaskakujących wniosków. Należy również wspomnieć oraz pochwalić doskonały warsztat pisarski autorki. Dobór słownictwa i tego, z jaką lekkością zdania łączą się we wspólną, jednolitą całość, są jakby wisienką na torcie tej książki.

Moja ocena: 8/10

Książka otrzymana do recenzji od Wydawnictwa M:

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

środa, 18 czerwca 2014

079. J.K. Rowling - Harry Potter

Niemal miliony, jeśli nie więcej, znają historię Harry'ego Pottera i jego przyjaciół. Na temat książek i ekranizacji powstało mnóstwo publikacji i jeszcze więcej recenzji czy opinii napisanych na blogach i w magazynach. Ja jednak nie przeżyłabym, jeśli nie dodałabym do tego wszystkiego swoich trzech groszy.

Sławny wśród czarodziejów Harry Potter co roku trafia do szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, gdzie prócz nauki czarów, sporządzania eliksirów i meczów quddichta, musi rozwikłać wiele czarnomagicznych zagadek. Ostatecznie wiodą go one do pojedynku z najniebezpieczniejszym czarodziejem - Lordem Voldemortem. Harry jednak zawsze może liczyć na pomoc i wsparcie wiernych przyjaciół - Rona i Hermiony, a także dyrektora Hogwartu - Albusa Dumbledora. 

To wspaniała historia o walce dobra ze złem, która doskonale pokazuje to, że zło zawsze musi zostać pokonane. Ale nie tylko.  To przede wszystkim historia o mocy przyjaźni, która jest w stanie przetrwać mimo wszystko. A przyjaźń Pottera, Wasley'a i Granger została poddana wielu próbom wytrzymałości. Potwierdza to tylko to, jak silne potrafią być więzi międzyludzkie oparte na prawdziwej przyjaźni.

Nie żałuj umarłych, Harry, żałuj żywych, a przede wszystkim tych, którzy żyją bez miłości.*

Seria o Harrym Potterze jest również bardzo wzruszająca. Niejednokrotnie wiele sytuacji sprawiało, że miałam łzy w oczach. J.K. Rowling zawsze potrafiła idealnie dobrać słowa do wydarzeń i emocji, jakie targały sercami bohaterów. Dlatego też ta siedmiotomowa historia jest skarbnicą cytatów o prawdziwym życiu i miłości.

Chyba nie muszę mówić, jak bardzo pokochałam niektóre postacie, a inne jak bardzo znienawidziłam. Prócz trójki głównych bohaterów, polubiłam także Syriusza czy Hagrida, którego miłość i troska do niebezpiecznych i niekiedy obrzydliwych stworzeń urzekła mnie. Natomiast postaci Lucjusza Malfoy'a czy Bellatrix Lestrange wielokrotnie sprawiały, że miałam ochotę cisnąć książkę w kąt i ochłonąć.

Nigdy nie przepadałam za kończeniem wspaniałych, wciągających, a, co najważniejsze, pouczających historii. Ale po raz pierwszy doznałam uczucia, jakby jakaś część dawnej mnie bezpowrotnie odeszła. Po zamknięciu Insygniów Śmierci przez dobrych kilka minut siedziałam w miejscu, nie mogąc uwierzyć, że to już naprawdę koniec. Następnym razem to już nie będzie to samo, ale i tak miałam pragnienie sięgnąć za tę serię od początku. Gdy tylko uporam się z moim stosem zaległości, z pewnością pójdę wypożyczyć znów Kamień filozoficzny.

Bo widzisz, Harry, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności.*

Miałam okazję czytać twórczość Rowling zarówno w starym, jak i w nowym wydaniu.Choć wygląd nowych okładem jest o niebo lepszy, ja nadal mam sentyment do starej szaty graficznej. Co prawda nie kusi ona tak bardzo swoim wyglądem (kolorystyka i kształt twarzy postaci woła o pomstę do nieba!), ja jednak nadal twierdzę, że są magiczne.

Tak więc, nie przejmujcie się obszernością kolejnych tomów, bo i tak będziecie potem narzekać, że przygoda z Harrym Potterem zbyt szybko się skończyła. Nie zrażajcie się też myślą, że znacie już filmy na pamięć, więc po co Wam książka, której widzieliście zakończenie. Wbrew pozorom, w szczegółach są ogromne różnice. Więc dla osób, które najpierw oglądały film, będzie to miłą niespodzianką. Czytajcie, a jeśli już to zrobiliście... Nie zaszkodzi sięgnąć po książkę ponownie!

Moja ocena: 10/10

Książki przeczytane w ramach wyzwań:
REKORD 2014 (tomy 4-7)
PRZECZYTAM TYLE, ILE MAM WZROSTU (tomy 4-7: 16,4 cm)

Zapraszam również do zapoznania się z recenzją pierwszego tomu o tutaj.

*cytaty pochodzą z: J.K. Rowling - Harry Potter i Insygnia Śmierci

środa, 4 czerwca 2014

076. Agata Christie - I nie było już nikogo

Tytuł: I nie było już nikogo
Tytuł oryginałuAnd Then There Were None
Autor: Agata Christie
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Cykl: Klasyka kryminału
Ilość stron: 216



I nie było już nikogo jest moim pierwszym spotkaniem z królową kryminałów - Agatą Christie.

To historia dziesięciu osób, którym zostają zarzucone morderstwa. Każda z nich zostaje zaproszona do willi na Wyspie Żołnierzyków przez gospodarza domu. Gdy właściciel nie pojawia się, a wśród zaproszonych ginie druga osoba, ludzie zaczynają podejrzewać, że wszystkie wydarzenia sprowadzają się do jednego wierszyka traktującego o dziesięciu żołnierzykach.

Chwycenie za tę książkę było właściwie impulsem. Chciałam zaznajomić się z historią, której mało kto nie zna, ale nigdy nie ciągnęło mnie ani do kryminałów, ani do twórczości angielskiej pisarki. W końcu jednak przemogłam się i przeczytałam I nie było już nikogo. To, że lektura zajęła mi niecałe trzy godziny mówi chyba samo za siebie. Byłam i nadal jestem pozytywnie zaskoczona!

Czytelnik doskonale poznaje historię aż dziesięciu bohaterów, co jest zaskakujące, biorąc pod uwagę, że książka liczy nieco ponad dwieście stron. Sama akcja jest wartka i nie ma w niej czasu na nudę. Odczuwa się napięcie, bo wiadomo, że zaraz coś musi się wydarzyć.

Autorka pokazała również nowy, mroczniejszy wymiar wyliczanki dla dzieci. Kiedyś była ona dla mnie zwykłą rymowanką. Teraz jednak za każdym razem, gdy przypominam sobie jej słowa, czuję przechodzący po plecach dreszcz.

Jedyne, do czego mogłabym mieć zastrzeżenia, są same morderstwa. Christie skupiła się bowiem na tym, co bohaterowie robili na wyspie, na ich stylu życia oraz wędrówkach po wybrzeżu i domu w poszukiwaniu mordercy. Same zabójstwa były jakby dodatkiem, co mnie dziwi, bo to przecież one odgrywały w książce główną rolę.

I nie było już nikogo to niby przewidywalna powiastka, a jednak na każdej stronie byłam zaskoczona obrotem wydarzeń. Domyśliłam się zaledwie kilku morderstw, reszta została do końca owiana tajemnicą. Natomiast samo rozwiązanie zwaliło mnie z nóg. To, w jaki sposób Christie zakończyła historię, tylko sprawiło, że zaczęłam pragnąć więcej. Jestem pewna, że jeszcze nie raz sięgnę po jej kryminały.

Choć przeczytałam tylko jedno dzieło brytyjskiej autorki, to ze szczerym sercem polecam Wam jej twórczość. Książki są krótkie, czyta się szybko, a dodatkowo taka kolekcja wspaniale prezentuje się na półce! 

Moja ocena: 10/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

poniedziałek, 19 maja 2014

072. Stanisław Lem - Solaris

Tytuł: Solaris
Autor: Stanisław Lem
Wydawnictwo: Literackie
Ilość stron: 209


Stanisław Lem, science fiction... Niby niemożliwe dla mnie. A jednak. Solaris pojawiło się na mojej drodze kilka miesięcy temu, kiedy to zabierałam się za pisanie pracy maturalnej. Temat fantastyczny jak dla mnie. Niestety, prócz zanalizowania fantasy, musiałam zmierzyć się również z literaturą science fiction, której, przyznaję szczerze, nie jestem wielką fanką. Jak było z powieścią Lema?

Akcja rozgrywa się na stacji badawczej na planecie Solaris. Jest ona pokryta niemal w całości przez ocean, a warunki, jakie na niej panują, są nieprzyjazne dla rozwoju jakiegokolwiek życia. Jednak owy ocean został sprowokowany do stworzenia "mimoidów" - zjaw czy omamów odpowiadających tłumionym w człowieku emocjom i lękom. Efektem tego są ich samobójstwa. Dlatego na stację przybywa psycholog Kris Kelvin, który dostaje za zadanie rozwiązania, a przede wszystkim zrozumienia tajemnicy solaryjskiej inteligencji.

Niewątpliwie Solaris to dzieło wyjątkowe. Na pierwszym miejscu czytelnik nie otrzymuje, jak by się mogło spodziewać, wynalazków techniki i nauki. Lektura ta jest bowiem jednym wielkim studium ludzkiej podświadomości. Autor co prawda zadaje odbiorcom pytanie o granice ludzkiego poznania, ale nie jest to jedynie poznanie obcego świata i bytu - oceanu. To również poznanie samego siebie, swoich lęków, obaw i skrytych gdzieś głęboko uczuć.

To powieść nie tylko o podróży w kosmos i życiu w kosmosie, to powieść nie tylko naukowa. Przede wszystkim to książka o miłości, niestety nieszczęśliwej, trudnej, a przede wszystkim niespełnionej miłości. Uczucia, które nie ma racji bytu, ale które istnieje i przezwycięża nawet śmierć. Myślę, że to dzięki tym aspektom Solaris tak mi się spodobało.

Nie mogło jednak zabraknąć wszystkich cech charakterystycznych dla science fiction. Niestety to nie jest "moja bajka" i owe czysto naukowe fragmenty, rozważania czy opisy jakiś wielce skomplikowanych obliczeń nużyły mnie. Niestety, z racji tego, że to na nie musiałam zwracać największą uwagę, musiałam przez nie przebrnąć. Nie odebrały mi one jednak przyjemności z czytania lektury, choć czasem musiałam sobie ponarzekać...

Dla każdego miłośnika fantastyki naukowej jest oczywiste, że dzieło polskiego pisarza jest lekturą obowiązkową. Osobom lubiącym poczytać o skomplikowanej miłości, która choć wymyślona, wydaje się być nazbyt realna, również polecam. 

Moja ocena: 7/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

sobota, 26 kwietnia 2014

069. Cassandra Clare - Miasto zagubionych dusz

Tytuł: Miasto zagubionych dusz
Oryginalny tytuł: City of Lost Souls
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Seria: Dary Anioła, tom 5
Ilość stron: 550


To jedna z recenzji, którą w mojej dość krótkiej karierze blogowej, najtrudniej się pisało. Nawet nie z powodu tego, że książkę czytałam właściwie ponad dwa miesiące... Ale najpierw pokrótce o fabule.

Wszystkie wydarzenia obracają się wokół Jace'a, który został "opętany" przez brata Clary - Sebastiana. Obydwoje wędrują po świecie za celem, o którym wie tylko Sebastian. Jace bowiem potulnie zgadza się na wszystkie jego zachcianki. Jedyną nadzieję, że w chłopaku tlą się jeszcze prawdziwe uczucia, ma Clary i dlatego to postanawia odnaleźć ukochanego i odkryć, jakie intencje ma jej brat. A cena jest spora. Chodzi tu nie tylko o życie Clary i wydawałoby się, że nieśmiertelną miłość, ale także o życie i duszę Jace'a. 

Schemat jest właściwie każdemu dobrze znany. Zbyt długo nie mogło być kolorowo między kochankami, bo byłoby za nudno i słodko. Tym razem jednak pojawia się Sebastian, który według mnie ratuje tę książkę. Z jednej strony jest strasznie podobny do ukochanego Clary, z drugiej jednak zupełnie od niego inny. Przystojny, czarny charakter, a w dodatku wydaje się być wrażliwy i uczuciowy. Ideał dla każdej dziewczyny. Tak jak niegdyś Jace był jednym z najbardziej humorystycznych postaci, tak teraz jego miejsce zajmuje syn Valentine'a. Jace został zepchnięty na dalszy plan, a przez całą sytuację "opętania" i służenia złu, pozbawiony tego, co było w nim najlepsze.

Fakt, czytałam tę książkę bardzo długo. Miałam mały kryzys, ale nawet patrząc przez pryzmat tego, myślę, że w "normalnych okolicznościach" wcale szybciej bym jej nie przeczytała. Mianowicie - strasznie mnie nużyła. 500 stron to dla mnie naprawdę niezbyt dużo. Mam jednak wrażenie, że gdyby autorka nieco jej odjęła, powieść nie straciłaby na wartości. Może by nawet zyskała. Wydarzenia ciągnęły się, a w dodatku wszystko było dla mnie nad wyraz przewidywalne. Być może po wcześniejszych częściach oczekiwałam czegoś więcej. A tymczasem jest to dobrze napisany ciąg dalszy historii. I tylko dobrze. Bo nic więcej nie potrafię na jej temat powiedzieć. A szkoda.

Moja ocena: 6/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań: